Przepraszam uczestników właściwego uroczystego otwarcia za oboczne wtręty, ale ja naprawdę szedłem na tę samą imprezę, tylko o 6 dni za wcześnie wyruszyłem W skrócie opowiem, co było dalej. Po mszy w cerkwi doszedłem do znanej drogi.


Drogą przeszedłem kawałek w kierunku Łupkowa, a przy okazji "upolowałem" kapliczkę, którą w zagadkach w mig rozszyfrował Bazyl: http://forum.bieszczady.info.pl/show...l=1#post156983 . Po paru minutach droga mi się znudziła i skręciłem w lewo, na Feszów. Myszkując w poszukiwaniu czystej wody natknąłem się na zarośnięte fundamenty i piwnice nieukończonego, sporego domu.


Czystą wodę odnalazłem, więc zrobiłem sobie popas, połączony ze suszeniem dobytku.


Rzut oka na północ, na okolice, w których bywałem dziś rano.


Na miejsce noclegu między Głębokim Wierchem a Wysokim Groniem dotarłem długo przed wieczorem. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że w Bieszczadach niedźwiedzie atakują 61-letnich turystów i bezmyślnie postawiłem namiot na podgrzbietowej polance, z dala od ludzi.


Był czas na spokojne poszukanie wody. Wodę da się znaleźć nawet w bezwodnej okolicy, trzeba się tylko nie spieszyć. Po przegotowaniu pełnej menażki uzyskałem ok. litra wody a na dnie ok. stu gramów innych substancji, które powróciły do swojego środowiska.


Smaczna kolacja. Nie wiem, jakim sposobem udało mi się rozpalić ogień z niezbyt suchych gałązek i bez sztucznej podpałki. Ale gdy się ma dużo czasu, to da się Wprawdzie nie mogłem znaleźć lasu, który byłby oddalony o 100 m od mojego ogniska, ale zanim to ktoś pomierzył, to ogień już zagasł.