W książce Wawrzyńca Żuławskiego „Skalne lato” znalazłem kolejny dowód na to,że tradycja góralskich dorożek jeżdżących do Morskiego Oka to zwykła konfabulacja lub celowe okłamywanie społeczeństwa mające usprawiedliwić pazerność fiakrów ,a ich samych rozgrzeszyć ,w oczach osób, które się tym nie interesują i nie znają szczegółów.
”…Nazajutrz rano rozsiedliśmy się w autobusie jadącym do Morskiego Oka .W owych czasach nie kursowały jeszcze na tej trasie autobusy państwowe ;wprowadzono je na krótko przed wojną.
W roku 1935-oprócz taksówek-jeździły do Roztoki i Morskiego Oka niewielkie odkryte autobusiki prywatne .Nie było też ustalonego rozkładu jazdy .Gdy uzbierało się kilku,czasem kilkunastu pasażerów i kierowca uznał,że kurs będzie już dostatecznie opłacalny-następował odjazd.”
Tyle Wawa Żuławski.Poniżej jeszcze jeden cytat,który akurat znalazłem w Internecie na stronie http://www.narodowa.pl/Pamietniki/09/eksponat.htm ,ale również świadczący o tym,że słowa górali o dorożkarskiej tradycji Morskiego Oka możemy włożyć między bajki.
”…Z wujem ", chodziliśmy na długie spacery, jeździliśmy sankami do Doliny Kościeliskiej i Strążyskiej. Wyprawa do Morskiego Oka była zbyt długa na sanki. Jechało się taksówką: staromodnym - chyba jeszcze z okresu pierwszej wojny światowej - Austro-Daimlerem.
Był to wielki, otwarty samochód osobowy z brezentową budą. Mieścił wygodnie 9 osób, w tym 3 na rozkładanych siedzeniach t.zw. strapontenach. Miał olbrzymią drewnianą kierownicę po prawej stronie, a dźwignię zmiany biegów i hamulec ręczny na zewnątrz nadwozia, również po prawej stronie. Kierowca i pasażerowie musieli być bardzo ciepło ubrani, gdyż brezentowa buda i celuloidowe szybki, tylko symbolicznie chroniły przed strumieniami zimnego powietrza.
Pojazd ten poruszał się dość żywo. Przypuszczam, że na prostych odcinkach przekraczał 60 km/godz. robiąc przy tym dużo hałasu i niemiłosiernie trzęsąc. Miał wąskie, wysokociśnieniowe opony i bardzo twarde resory, a droga do Morskiego Oka miała nawierzchnię nienajlepszej jakości. W Zakopanem tego rodzaju taksówek było wówczas kilka. Były też duże odkryte stare Tatry, ale jazda nimi to był już znacznie mniejszy fason.”

Tyle cytatów i oczywiście zdaję sobie sprawę,że pewnie i jakieś dorożki do Morskiego Oka jeździły,chociaż było daleko,jak zaznacza autor,ale to były czasy,że i w Warszawie i Krakowie też ich było pełno.Jako atrakcje turystyczne dalej je można spotkać w tych miastach,ale są to małe kilkuosobowe na które fiakrzy się nie zgodzą,bo pieniążków z tego będzie za mało.
Proszę nie wierzyć w żadną tradycję dorożek konnych do Morskiego Oka,bo takiej po prostu nie ma i nie było.