Jest barierka, jesteśmy w domu. Dobrnęliśmy do niej po kolana w śniegu i postanowiliśmy naprawić rakietę. W plecaku miałam smycz. Szybciutko odcięłam metalową końcówkę i powiązałam to tu to tam. Dało się używać. Robiłam to wszystko ja, gdyż M miał już całkiem skostniałe ręce.

Zaczęło się robić ciemno. Szybszym krokiem szliśmy wzdłuż wystającej nieco ponad śnieg barierki. Idziemy w dół, znaczy dobrze. Zaraz siodło i jakoś trzeba będzie wyczuć szlak na Wołosate. Ale barierka szybko się skończyła. Szliśmy dalej w tym samym kierunku. Po chwili pojawił się fragmencik kolejnego ogranicznika ścieżki, ułożonego prawie pod kątem prostym względem naszego kierunku marszu. Okej. Trzymajmy się ścieżki. Skręciliśmy więc w prawo, a potem o już nie wiem... mój błędnik w tym mleku całkiem zwariował.

Minęło kilkanaście minut, a my ciągle szliśmy w dół. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że coś jest nie tak. Nie poznawałam tego terenu. Ale szliśmy jeszcze kawałek. Jeszcze kilka kroków. "Tylko do tego wzgórka i za nim na pewno już coś zobaczymy." Za wzgórkiem była prawie pionowa ściana w dół. Po prawej mieliśmy las, po lewej i za sobą mieliśmy gęste mleko. "Nie wiem gdzie jesteśmy" - powiedziałam. Nie poznawałam tego terenu. Zaczęłam czuć niepokój.

Było już wtedy prawie zupełnie ciemno, wiatr wzmógł się, temperatura spadła, a przynajmniej takie mieliśmy wrażenie. Błyskawiczna myśl "co robić?". Najgorsze w tym wszystkim było to, że ja miałam 70% pewność względem naszego położenia, tylko zupełnie ten teren mi nie pasował... Ale z drugiej strony miałam świadomość, że mogę się mylić. Już niczego nie byłam pewna. W gęstej mgle nie byłam w stanie ocenić odległości, kierunku, nie wiedziałam w którym momencie popełniłam błąd. Wiedziałam tylko jedno - jesteśmy co najwyżej kilkadziesiąt metrów od szlaku. Jest w zasięgu kilkunastu kroków. Trzeba go tylko odszukać.

M zaproponował, żeby zadzwonić do GOPR'owców. Ja na to "Okej, zadzwonisz i co im powiesz? W jaki sposób Ci pomogą?". Odpowiedź brzmiała "Nie wiem". Więc przygotowaliśmy się do tej rozmowy. On znalazł za pomocą aplikacji dokładne współrzędne naszego położenia, ja, korzystając z sieci ukraińskiej, zadzwoniłam. Chcieliśmy jedynie, aby po współrzędnych określili gdzie jesteśmy i powiedzieli w którym kierunku i mniej więcej w jakiej odległości od nas jest szlak. I tyle. Nie chcieliśmy aby po nas przychodzili, bo czuliśmy, że damy radę dojść.

Wykonałam telefon o godzinie 17:00. Zgłosiła się centrala. Wypytali o to gdzie jesteśmy, spisali nasze nazwiska i kazali czekać na telefon od bieszczadzkich ratowników. Telefon zadzwonił po ok. 2 minutach. Wyjaśniłam całą sytuację, powiedziałam, że jesteśmy gdzieś w okolicy Tarnicy, ale nie wiemy dokładnie gdzie, że chcemy zejść do Wołosatego, że znamy współrzędne i że prosimy, aby nas zlokalizowali i powiedzieli w którym kierunku się poruszać i mniej więcej ile metrów, aby trafić na szlak.
Podaliśmy współrzędne: N 49.08006 E 22.73108 (DD)
- "Coś jest nie tak, podaj jeszcze raz" - usłyszałam w słuchawce. No to lecimy. Podałam raz jeszcze.
- "Pokazuje mi, że jesteście na Ukrainie"
- "Co, u licha? Na jakiej Ukrainie? Do Ukrainy mamy jeszcze kawał drogi". Rozłączyliśmy się, ratownik miał to sprawdzić i oddzwonić.

W tym momencie zaczęłam się już bać. Czy to możliwe, że doszliśmy na Ukrainę? Może Szeroki Wierch to wcale nie był Szeroki Wierch, a Tarniczka Tarniczką nie była? I jak będzie wyglądała cała procedura jeśli rzeczywiście jesteśmy na Ukrainie? Trzeba czym prędzej wrócić po naszych śladach na grzbiet. Różne absurdalne myśli przychodziły mi do głowy. Mi przynajmniej było ciepło, a M marzł coraz bardziej. Zeszliśmy kawałeczek w dół, aby przytulić się do lasu i osłonić od wiatru. Znaleźliśmy cichy zakątek między drzewami, gdzie zupełnie nie wiało. Zarządziłam "aerobik": przysiady, wymachy ramion, boksowanie. Dla ogrzania atmosfery zaczęłam śpiewać "Jesteśmy na wczasach, w tych góralskich lasach...". Ciemna noc, gęsta mgła, gdyby nie czołówka, niczego nie byłoby widać.

W międzyczasie odbyliśmy jeszcze kilka rozmów z ratownikiem. Okazało się, że podaliśmy współrzędne w notacji, której system GOPR nie umiał przetworzyć prawidłowo. Zaczęliśmy więc szukać innej notacji w innych aplikacjach które mieliśmy (m.in. w nawigacji samochodowej). Podaliśmy dwie kolejne:
N 49°4'48" E 22°43'51'' (DMS)
N 49°4.8036' E 22°43.8648' (DM)

Wszystkie trzy sposoby zapisu określają jeden punkt, ale jak się później okazało, system GOPR przetwarza tylko ten ostatni zapis. W momencie, kiedy wysłaliśmy im ostatniego smsa, ekipa ratowników była już w drodze do nas. Dostaliśmy polecenie nie ruszania się z miejsca, okrycia się kocem i czekania na nich. Co jakiś czas ratownik z dyżurki dzwonił do nas sprawdzić jak się czujemy i informował gdzie są ratownicy terenowi. Czuliśmy się dobrze. Aerobik robił swoje. Zrobiliśmy użytek z kanapek, batonów i... gorącej herbaty, którą udało mi się zachomikować.

Po jakimś czasie usłyszeliśmy nawoływania, zobaczyliśmy światła latarek. Wspólnie wróciliśmy po śladach na Tarniczkę. Pokazali nam gdzie popełniliśmy błąd (dokładnie w tym miejscu, w którym spod śniegu wyłoniła się barierka po lewej stronie). Na Tarniczce był nawis śnieżny, przez co utworzyła się bardzo stroma ściana, po której zeszliśmy na siodło, a następnie do Wołosatego.

Wszystko skończyło się dobrze. Akcja zakończyła się o godzinie 21:30. W mojej ocenie cała akcja przebiegła błyskawicznie i bardzo sprawnie. Niedługo potem spotkaliśmy się wszyscy w Zajeździe pod Caryńską i rozmawialiśmy do późnych godzin nocnych. Bardzo długo czułam wstyd w związku z całą tą sytuacją. Ale po usłyszeniu kilku opowieści z ust ratowników zdałam sobie sprawę, że dobrze się stało, jak się stało. I jeszcze raz powtórzę - GOPR jest dla ludzi. i jeśli czujesz, że straciłeś kontrolę, lepiej zadzwonić niż udowadniać sobie że jesteś bohaterem. Mnóstwo było takich, co nie zadzwonili. Ich historie mogą opowiedzieć Ci ratownicy.