I tak dotarliśmy do chatki w Jaworniku. Póki coś widać, nazbieraliśmy trochę drewna na opał. Z drewnem jest tu mizernie, bo nie jest to teren typowo leśny, lecz miejsce po gospodarstwie i sadzie. Rośnie sporo zdziczałych drzew owocowych, od lasu wkrada się buk, jesion i krzaki. Nie ma nic iglastego, nie ma uschniętych drzew. Ale coś tam udało się wyskrobać spod śniegu.
Tuż przed zmierzchem dociera do chatki dwóch napotkanych wcześniej wędrowców. Dwunożny ma na imię Kuba, jest tutejszy i na co dzień hoduje konie. Czworołapy też ma imię, ale zapomniałem, jakie. Początkowo mieli iść dalej i spać w lesie. Podejrzewam, że inicjatorem zawrócenia był czworołapy, gdy dowiedział się o obamkach.


Kuba długo opowiadał o swoich koniach i swojej pracy, potem poszedł przysposobić sobie nocleg w pobliskiej piwniczce. Twierdził, że tam będzie cieplej. A biały, kudłaty na razie został z nami.


I tak siedzimy i gapimy sie w ogień. Biały, kudłaty też.


W końcu przy ognisku zasypiamy.