Idziemy dalej grzbietem granicznym na zachód. Przydeptujemy świeży trop sporego wilka. Rozglądamy się za ładnym miejscem na nocleg. Bazylowe rakiety tak się zalodziły, że pospadały z nóg i nie da się ich z powrotem założyć.


Całkiem ładne miejsce się nie trafiło, ale trafiło się praktyczne. Takie tablice stanowią mocną (psychologiczną) osłonę od wiatru. Udało się też odkopać jedną z tutejszych ławeczek.


Teraz trzeba nadrzeć trochę drewna na ognisko. Jesteśmy wprawdzie na skraju rezerwatu "Źródliska Jasiołki", ale rezerwat jest tylko po polskiej stronie, a my mieszkamy 2,5 m od granicy po stronie słowackiej.


Dzięki talentowi pana ogniomistrza i ofiarnej współpracy reszty załogi udało się z zalodzonych gałązek rozpalić ognisko.


Niezbyt ładne, ale dokumentalne zdjęcie z lampą błyskową. Rakiety odtajały;-)


Około godz. 21 ognisko dogasło a my zanurkowaliśmy w śpiworach.