Haha, Bazyl. Jimi miała jeszcze skitraną otatnią kolejkę niejakiego Sotnika ale z racji, że nikt nie pytał to i nie częstowała :D Nawet jakby i chciała, to gdy wróciła z wodą na herbatkę pytając: "ma ktoś ochotę na herbatę?" usłyszała tylko wydobywające się z namiotu: "hrrrrr hrrrr". Myślisz, że pytanie było nietaktowne? :D Ciekawe czy gdybym zaproponowała Sotnika, to wstali by równo na nogi :D Za to rano Jimi miała niespodziankę i wszyscy byli zadowoleni. Była nadzieja.
A z tym przypadkowym wchodzeniem na Połoninę Równą -coś wspaniałego!! Uszliśmy całkiem wysoko. Oczywiście trzeba było szybko zmęczonym iść przed siebie gdziekolwiek ale kątem oka rzucałam na lewo. A na lewo ... pokazała się w całej swej rozpiętości Połonina Równa. Nie wiem ile my tam właściwie uszliśmy a ile brakowało do grzbietu by móc stanąć na tej połoninie -pewnie sporo ale z tej wyższej perspektywy miało się wrażenie, że już jesteśmy na Równej :) Było już zupełnie ciemno, więc tej chwili nie byłam w stanie uchwycić komórką. Jednak mimo ciemności, śnieg rozjaśniał grzbiety i Połonina Równa nocą przepięknie się prezentowała. Przypomniała mi się ostatnia wędrówka po Borżawie. A teraz cały dzień szczyty były zupełnie nie widoczne, zupełnie zachmurzone, pełne tak zwanego mleka. Dopiero nocą można było ujrzeć jakieś góry, piękne ukraińskie, karpackie góry. I widziałam je przez może góra minutę, gdy nasz odcinek przetarł się pomiędzy zaroślami i pojawiła się wspomniana Połonina Równa. I to była najlepsza minuta z całego wyjazdu! Właściwie może nawet kilkadziesiąt sekund. Oj jak warto było pobłądzić właśnie dla tej chwili.


Odpowiedz z cytatem