Tak sobie czytam dyskusję i czytam… I czegoś mi brakuje… W końcu stwierdziłem, że brakuje tu aspektu – nazwijmy to – społecznego przeprowadzki na bieszczadzką ziemię obiecaną.

Bo jest tak, że stronę praktyczno-finansową takiego przedsięwzięcia stosunkowo łatwo zaplanować, o ile się ma odpowiednią wiedzę, albo przynajmniej się wie, kogo zapytać. Czy to budka z frytkami, czy kuźnia, czy agroturystyka – wystarczy solidnie zaplanować, wyliczyć, przemyśleć i jest spora szansa, że się powiedzie. Oczywiście nie ma gwarancji, jak to w każdym biznesie, ale szansa jest. Podobnie z budową domu, oszacowaniem kosztów życia czy spodziewanych dochodów – albo się zbilansują, albo nie, wtedy decyzja podejmuje się niejako sama.

Ale podczas planowania takiej „ucieczki na wieś” pojawiają się problemy, które z definicji nie są zerojedynkowe, a które wypadałoby dogłębnie rozważyć. Chodzi mi o takie kwestie:

1. Dzieci. Sprawa istotna, o ile takowe się posiada lub zamierza posiadać. Wynosząc się w dzicz z pewnością rodzice fundują im czyste powietrze, bliskość natury, własne pieski i owieczki, słowem – sielankowe dzieciństwo. Przynajmniej w teorii. Bo w praktyce może to oznaczać skazanie milusińskich np. na wstawanie o świcie (żeby pomóc w gospodarstwie czy dojechać do szkoły), mieszkanie w internacie, utrudniony dostęp do szkół, lekarzy, kolegów i koleżanek, zajęć dodatkowych itp. itd. Skąd pewność, że zaszycie się w dziczy to dobry wybór także dla nich? Wakacje na wsi to nie to samo co całe życie na wsi.

2. Kwestie zawodowe. Jeśli ktoś jest urodzonym farmerem czy hotelarzem – nie ma sprawy, pewnie będzie spełniony. Ale jeśli zostanie do zmiany zawodu zmuszony przez okoliczności, bo innej roboty w dziczy nie ma, to już nieciekawie. A gdy się okaże, że nowa profesja nie jest mu pisana, a za późno na powrót do starej, to już w ogóle dramat. I nie mam tu na myśli istot bujających w obłokach – żyjących w przekonaniu, że krowy to w zasadzie jakoś same sobie radzą ze sprzedażą mleka, a konie wymagają tylko wypuszczania na pastwisko. I to jedynie w pogodne dni. Albo że w internecie świetnie się sprzedają wisiorki z kory i łapcie z łyka. A goście hotelowi to wyłącznie sympatyczni, kulturalni, wyrozumiali i zamożni ludzie…

Chodzi mi tutaj np. o człowieka w wieku 40+ czy 50+, który był w swoim fachu specjalistą, a tu nagle w nowym środowisku zostaje pszczelarzem-amatorem, bo małżonka zamarzyła sobie spacery po rannej rosie na własnej łące. I człowiek ten wie, że będzie wyłącznie amatorem do śmierci, a przed nim mnóstwo błędów i rozczarowań w nowym fachu. No chyba że – jak pisałem wyżej – ktoś ma w tym względzie dar albo chociaż zamiłowanie. Albo komuś nie przeszkadza, że ma jakąś robotę, byle w ogóle była. Po prostu trzeba się zastanowić, czy w tzw. pewnym wieku jest się gotowym zaczynać naukę od zera i czy ma to sens.

Wyjątkowo tragiczna wydaje się sytuacja kogoś, kto po prostu lubi swoją dotychczasową pracę, żyje nią, a w nowym miejscu nie ma szans jej wykonywać. On to się raczej nie będzie umiał przekwalifikować na twórcę ludowego czy producenta regionalnych napitków.

3. Takie drobiazgi: kultura, sztuka, literatura... Pewnie nie wszyscy uwierzą, ale są na świecie takie indywidua, które nie mogą się obyć bez przyzwoitej biblioteki w zasięgu ręki. Są też wyjątkowi zwyrodnialcy, którzy cierpią, gdy nie pójdą co jakiś czas do muzeum, teatru czy filharmonii. A ci ekstremalnie zdeprawowani zabierają w te miejsca nawet swoje dzieci! W sumie dobrze, że ta grupa nie ma szans na przeżycie poza 10-15 miastami w Polsce i się ich raczej trzyma, przynajmniej nie rozniosą tego paskudztwa po kraju. A serio: domyślam się, ze jak ktoś chce się zaszyć w Biesach, to nie po to, żeby bywać na spektaklach i koncertach. Ale jeśli wcześniej był przyzwyczajony do kontaktu z żywą kulturą, to internet i telewizja potem nie wystarczą. Ani koncert lokalnego zespołu gospodyń w miejscowej knajpie (bez obrazy).

Podsumowując: nie piszę tego po to, żeby kogoś straszyć czy oświecać, tylko zaniepokoiło mnie, że w ferworze dotychczasowej dyskusji chyba nikt na razie nie zwrócił na te sprawy uwagi. A z pewnej perspektywy wydają się ważniejsze i bardziej warte namysłu niż decyzja: agroturystyka czy budka z goframi.

I wniosek nr 2: tak naprawdę Bieszczady… nie mają tu nic do rzeczy. Takie rozterki targają (a przynajmniej powinny targać) wszystkimi ludźmi, którzy planują skok na głęboką wodę i wymyślają sobie „ziemię obiecaną”.

To tyle na tę chwilę