A w schronisku jak w schronisku. Sporo ludzi, a wieczorem okazało się, że trafiła się grupka dzieci z tatusiami i spali na glebie. Młodzież pochrapywała w śpiworach po korytarzach i dobrze, że to się nie zmieniło. Co więc się zmieniło? Recepcja w barze, w miejscu recepcji ścianka wspinaczkowa, główne wejście już nie jest takim głównym, piwo czeskie w barze, pokoje były trochę czasu temu odświeżone, kibelki trochę ogarnięte, wiele szczegółów przypomina czasy PRL, ale nie to jest wadą, bo taki jest urok schronisk i nawet jeśli ktoś chciałby coś zmienić, to w tak dużym schronisku dzierżawca bez dużego portfela odpłynął by w niebyt finansowy.
Z drugiej strony, czy warto zmieniać takie miejsca, które wraz ze swoimi mankamentami są przyjazne turyście, bo nikt nie zamknie przecież drzwi i nie odmówi noclegu. Kupiłem piwo i usiadłem na sali, gdzie kiedyś młodzież się integrowała, a później również spała. Obserwowałem jakież to teraz są zwyczaje i jak się toczy życie w schronisku. Musiałem kupić drugie, trzecie i czwarte piwo, aby zrozumieć to i co nieco zobaczyć. I co? W zasadzie to nic nie zobaczyłem... każdy zajęty swoim towarzystwem, swoim posiłkiem i browarem, czyli i tu wkroczyła emocjonalna komercja... znak naszych czasów... przyjść, zjeść, wypić, spać i w drogę. Szkoda, ale przyjdę to jeszcze sprawdzić, bo może akurat źle trafiłem i postaram się to zrobić nie za dwadzieścia lat, a wcześniej. Wokół schroniska zmieniło się niewiele. Stoi huśtawka i jest miejsce na ognisko, a szlak niebieski wydaje mi się, że przechodzi w swym ostatnim odcinku troszkę inną drogą. W budynku, który zajmował kiedyś WOP jest teraz czeski hotel, czy jakiś inny przybytek o nazwie "Dependance". Pomyśleć, że w byłej strażnicy, krótko bo krótko, ale byłem więziony.Kupił ją Czech naruszając tym bezprawnie naszą granicę państwową, doprowadzając prąd od strony czeskiej, wdzierając się bez pozwolenia w strefę KPN.
Rankiem po śniadaniu pokręciliśmy się jeszcze po okolicy, a wszystko wyglądało tak...
1-DSC_6866.jpg
Po raz kolejny wytypowałem z daleka, że ta grupka to Niemce i po chwili po wnikliwym sprawdzeniu ich mowy mogliśmy wymienić porozumiewawcze spojrzenia, że znowu mnie czuj na Niemca nie zawiódł. Więcej Niemców jakoś już nie było i zeszliśmy trochę niżej, aby zobaczyć więcej świata.....
1-DSC_6825.jpg
Jeszcze niżej wyglądał ten świat tak....
1-DSC_6868.jpg
Morał z tej wycieczki jest taki... świat się zmienia, respirator nie jest jak na razie potrzebny (choć komora tlenowa byłaby pomocna), a w Bieszczady za kilka dni pojadę chyba w gumowcach, bo zużyłem do cna ostatnie buty.


Odpowiedz z cytatem