"Czy to wszystko musi być takie smutne."
Nie nie musi i nawet nie jest. Wystarczą chęci, upór w dążeniu do celu i umiejętność w nawiązywaniu kontaktów. Kilka lat temu po okresie posuchy zaświtała mi myśl żeby odwiedzić Bieszczady w innej porze niż zwykle. Przypadek pomógł mi w realizacji planu bo stało się wtedy, że nawiedził mnie kolega z Kanady, który tam za wielką wodą nasłuchał się wielu fantastycznych opowieści o tych górach itp...itd.
Już wyjazd z domu dał mi do myślenia bo kolega oprotestował najkrótsza drogę w góry, mówiąc że nie ma nic nudniejszego jak jazda znanym sobie szlakiem. W Rzeszowie widząc reklamę Castoramy nie odpuścił bo stwierdził, ze to jedyna okazja żeby zorientować się w cenach kominków, zabrało to nam niepotrzebnie 2,5 godziny czasu. Dobrze że nie kupił od razu. W Sanoku odwiedziliśmy kantor a w Brzozowie zrobił zaopatrzenie w warzywa, z tym ze po drodze koniecznie chciał do Lidla bo coś tam miało być najtaniej. Wszystkie zakupy wrzucał lużno na tylne siedzenie i do bagażnika, gdzie były już jego wędki, zanęta, gumowce, parasolka, krzesełko i trzy torby nie licząc kurtek i reklamówek o niewiadomej zawartości.
Kwatera musiała być po jego myśli- w Rajskim i tu akurat mi się spodobało.
Znacznie gorzej było następnego dnia. W drodze na połoninę dogonił dwie turystki objuczone wielkimi plecakami i wyglądające na kwalifikowane turystki. Powitanie było nawet życzliwe tylko po czasie dziewczyny(póżny wiek studencki) przestały się odzywać gdy kolega zagadnął: czy nie wiedzą gdzie wieczorem może być jakiś dancing.
To wszystko działo się w czerwcu, pod koniec roku szkolnego. Następnego dnia nałapał tyle kleszczy jakby był jakąś łapką na kleszcze. Chciałem iść na Tworylne co o dziwo kolega zaakceptował pod warunkiem, że nie idziemy najkrótsza droga, tylko brzegiem Sanu który tam mocno meandruje przez co droga dłużyła się niemiłosiernie. Szliśmy przez ostre trawy i jakieś sitowia, więc kleszcze musiały wykorzystać okazję spotkania naiwniaków. Wracając moją trasą kolega postanowił, że dalej za mną nie idzie i tak jak szedł tak skręcił prosto w jeżyny. Po kilku godzinach spotkaliśmy się na bazie, gdzie oświadczył, że w Zawozie są jego koledzy którzy co roku o tej porze urządzają sobie wielkie łowy. Myślałem, że może zechcą go przygarnąć, więc czym prędzej wyruszyliśmy w drogę. Znajome rejestracje podpowiedziały nam, że jesteśmy na miejscu. Ich domek był obok willi z basenem przy którym stała...statua wolności!!! Coś mnie tknęło, że może nie być dobrze.
Spotkanie było pełnym zaskoczeniem, bez euforii. Koledzy mieli trochę w czubie ale po chwili lody się przełamały bo ja, jako abstynent okazałem się być jedynym człowiekiem, który może zawieżć całe towarzystwo na dancing do Polańczyka. Jaka radość ogarnęła kolegów, którzy usłyszeli muzykę w jedym z ośrodków, to możecie sobie wyobrazić


Odpowiedz z cytatem