A w sąsiedniej wsi skazana na zagładę bojkowska chałupa...



... wewnątrz której umierające bojkowskie muzeum etnograficzne. Nikomu już niepotrzebne zapleśniałe i mocno zniszczone drewniane konwie, łopaty do pieca chlebowego, jakieś osełki, ozdobne skrzynie, formy do pieczenia ciast, drewniane wiadra i koryta... fragmenty warsztatu tkackiego, jakaś motyka. Coś, co kiedyś było lampą naftową...





A na przycerkiewnym cmentarzu nagrobki. No bo co może być na cmentarzu? Wiadomo, że nagrobki... Ale za to jakie? Wykonane z dawnych polsko-czechosłowackich słupków granicznych. Na bieszczadzkim odcinku dawnej granicy polsko-czechosłowackiej poza jednym jedynym słupkiem pod szczytem Pikuja nie ma już ani jednego tego rodzaju znaku. W przeciwieństwie do Gorganów i Czarnohory, gdzie kamienne słupki dawnej granicy zachowały się po dziś dzień, w Bieszczadach zostały one usunięte na przełomie lat 40. i 50. XX w. Pozostały jednak na cmentarzach w kilku karpackich wioskach. My podczas naszej tegorocznej wędrówki natknęliśmy się na nie w Hnyłej (obecnie Karpatśke) i Husnem Wyżnem.



I trochę radośniejszych akcentów. W Hnyłej poznaliśmy Iwana. W sklepie podszedł do mnie i zapytał, czy lubimy muzykę. Usłyszał "tak" a my wraz z jego następnym zdaniem zostaliśmy zaproszeni do jego chaty na koncert. Iwan śpiewał, grał na skrzypcach i drumli... Piosenki i melodie bojkowskie, ukraińskie, polskie... Był też i poczęstunek!





Koncert Iwana nie skończył się tak szybko. Grając na drumli odprowadził nas aż do grzbietu rozdzielającego Hnyłę od Libuchory. Dopiero tam się pożegnaliśmy. Iwan, przez dwie kadencje wójt Hnyłej, przy pożegnaniu miał łzy w oczach.





A Libuchora to Libuchora.

Jeszcze...

Bo z każdym rokiem w tym żywym skansenie ubywa słomianych strzech, jednocześnie przybywa domów ceglanych krytych kupioną w Polsce dachówką.











Co zaś do turystycznego aspektu tegorocznej bieszczadzkiej włóczęgi.

Było nietypowo, gdy tyraliera krów kierowała się na nasze namioty...



oraz typowo, gdyż od pewnego momentu, czyli wejścia na Pikuja, robiliśmy klasykę. Bo wschodniobieszczadzką klasyką jest wędrówka od Pikuja, uważanego powszechnie za najwyższy szczyt Bieszczadów (1408 m n.p.m.), przez cały ciąg połonin (m.in. Nondag, Ostry Wierch Wielki Wierch, Starostyna) na Drohobycki Kamień i dalej - już głównie lasem - na Przełęcz Użocką. Ten fragment naszej wędrówki przypadł na czwartkowy wieczór, piątek i sobotę. W sobotę późnym wieczorem zeszliśmy z Przełęczy Użockiej do Sianek. Nasza wschodniobieszczadzka pętelka się zamknęła.







Trzeba przyznać, że widoczność na grzbiecie mieliśmy świetną. Praktycznie od samego Pikuja widać było polski fragment Bieszczadów, który z każdym przebytym kilometrem rósł w oczach. To wszak oczywiste, szliśmy bowiem w stronę naszej granicy.





W piątek rano, gdzieś tak w pobliżu Ostrego Wierchu, nieoczekiwane spotkanie na szlaku. Saszę Nużnego i jego żonę Maszę (oraz Jej gitarę), mieszkańców Lwowa, ale zarazem przewodników z Rzeszowskiego Koła Przewodników Beskidzkich, zna chyba wielu polskich turystów chodzących po ukraińskich Karpatach Wschodnich. Tym razem Sasza prowadził grupę uczestników kursu przewodnickiego.





Ostatni dzień naszej wycieczki to kilkugodzinne błąkanie się po Lwowie. Była niedziela, przeddzień święta narodowego, ładna pogoda, stąd też place i ulice Lwowa zaroiły się nieprzebranym tłumem miejscowych i turystów. Nigdy wcześniej w tym mieście nie widziałem takiego mrowia ludzi. Coś przypominającego letni weekend w Pradze. Tylko uciekać...

Zrobiłem jedynie kilka zdjęć...







Aha, pod kaplicą Boimów spotkałem ponownie Saszę Nużnego. Oprowadzał po mieście inną już grupę naszych rodaków. Świat jest jednak mały !

A później marszrutka do Szegini. Bezproblemowe przekroczenie granicy. Bus do Przemyśla i o 18.20 autobus PKS bezpośrednio do Świebodzic (kurs do Jeleniej Góry przez Kraków, gdzie pożegnałem się z Lusią, Ulą i Kubą). Do mojego miasteczka zajechałem w poniedziałkowy poranek, dokładnie o 5.30.

I to byłyby takie moje pierwsze wrażenia z tegorocznej bieszczadzkiej eskapady.