Wieczorem miałem sporo czasu na dłuższy pobyt w cerkwi. Tutejszy ikonostas jest unikatem na skale karpacką. Ikony nie są malowane, ale rzeźbione! Datowany jest na rok 1756. Według tradycji miejscowy artysta wyrzeźbił go z jednego wielkiego pnia lipowego, przyniesionego przez wody Wołkowyjki. Płaskorzeźbiony ikonostas nie spodobał się biskupowi (niekanoniczny!) i w 1912 r. został rozmontowany, a jego elementy porozwieszano w różnych miejscach świątyni. Po konserwacji, przeprowadzonej w latach 2003-2003 ikonostas powrócił na swoje miejsce.
Powrócił, ale nie w całości. Rząd ikon namiestnych z carskimi i diakońskimi wrotami oraz rząd ikon światecznych ustawione zostały przy bocznej, południowej ścianie prezbiterium (w centrum kadru, na ostatnim planie).
Zwieńczenie ikonostasu, gdzie bardzo dobrze widać jego trójwymiarowość. Właśnie takie odbicia światła, nadające postaciom plastyczność bardzo nie spodobały się biskupowi.
Zachowany ikonostas nie jest pierwszym w tej świątyni. Z wcześniejszego przetrwały do naszych czasów: Chrystus Pantokrator z rzędu Deesis, krzyż wieńczący ikonostas oraz dwóch proroków. Ikony te zostały zawieszone na północnej ścianie prezbiterium.
Zachowana polichromia na stropie nad nawą: Trójca Święta spoglądającą na ziemię, wokół cztery serafiny (sześcioskrzydłe anioły), w narożach czterech Ewangelistów: Jan z orłem, Marek z lwem, Łukasz z wołem oraz Mateusz z aniołem.
Przepraszam za zanudzanie przydługimi opisami cerkwi, ale na mojej drodze nie miałem wysokich gór, dzikich zwierząt, nie dało się też mocno pobłądzić, a coś napisać trzeba;-)
Wieczorem trafiam do najbliższej agroturystyki. Dostaję pokój czteroosobowy (za 25zł), w którym mogę sobie wszystko z plecaka rozrzucać po dowolnych kątach.
![]()
Od II poł. XVIII w. do 1943 r. Łopienka (obok Kalwarii Pacławskiej i Starej Wsi) była jednym z bardziej znanych w naszej okolicy ośrodków kultu maryjnego i celem pielgrzymek. Przez kilkaset lat na odpust przybywały tutaj wielotysięczne tłumy wiernych z terenów dawnej Polski, Węgier i Rusi. Potem było ponad 50 lat przerwy. Znikli mieszkańcy Łopienki, zaczęła znikać świątynia.
Tradycja łopieńskich odpustów odżyła w 1999 r. i trwa do dzisiaj. Równocześnie z pierwszym powojennym odpustem wyruszyła do Łopienki nieliczna piesza pielgrzymka z Górzanki, prowadzona przez miejscowego proboszcza, ks. Piotra Bartnika. Dzisiaj taka pielgrzymka odbedzie się po raz szesnasty. Start o godz. 7 z minutami. Pielgrzymi przybywają autokarami i samochodami. Są też miejscowi, którzy dochodzą pieszo. Jeden, prawie miejscowy, przytuptał aż z Leska;-)
Grupa się formuje. W czołówce, z krzyżem pójdzie Madzia, honorowa obywatelka Górzanki.
Na razie idziemy asfaltem w dolinie Wołkowyjki. Raz słońce, raz cień - w zależności od tego, jak wysokie wzgórze mamy po lewej.
Skończył się asfalt. To już Tyskowa.
Jeśli ktoś dawno nie był w Tyskowej, może być zaskoczony widokiem takiego pojazdu.
Wyżej skończył się szuter i zaczęło błotko. Wszyscy dzielnie je pokonują, także panowie w lakierkach i panie w czółenkach. W połowie doliny głównodowodzący, czyli ks. Bartnik, spytał, czy już zrobić postój, czy dopiero na Hyrczy. Rozległo się kilkadziesiąt głosów, że już tutaj oraz kilka głosów, że na Hyrczy. "Skoro na Hyrczy, to idźmy, bo jesteśmy troszkę spóźnieni" - podsumował niestrudzony głównodowodzący i pochód nieprzerwanie sunął dalej.
A na Hyrczy postój rzeczywiście był.
Ruszamy w dalszą drogę. Kapliczka na Hyrczy.
W pobliżu przełęczy zbudowano ostatnio solidny schron.
Dochodzimy do celui. To zdjęcie było już na początku, jako wstępniak do relacji. Tutaj jest na swoim miejscu.
Po dojściu do Łopienki ks. Piotr podziękował wszystkim za udział w pielgrzymce a pewien znany, bieszczadzki Wojtek wyrecytował swój wiersz. Nie wiem, o czym był wiersz, bo gdy podszedłem, już skończył.
To już ostatni moment istnienia grupy pielgrzymkowej. Za chwilę część wejdzie do cerkwi a część rozpłynie się w wielobarwnym tłumie innych "odpustowiczów".
![]()
Niedawno ćwiczyli tu (tam) różni tacy, m.in. odbijanie zakładników z autobusu. Ćwiczenia się skończyły, różni tacy wyjechali, autobus chyba też powinien zniknąć.
Po południowej drzemce i nabraniu sił, dziarsko ruszyłem drogą przez Buk na południe, wypatrując, gdzie by tu zejść z drogi na wschód, w kierunku cerkwiska. Teraz już chyba wiem, którędy można było dojść. Pewnie tędy.
Wtedy, idąc, po lewej widziałem tylko siatki, płoty i inne ogrodzenia. Nawet, gdy skończyły się zabudowania, na skraju lasu było podwójne ogrodzenie - z drewnianych żerdzi i białej taśmy.
Nie znam bukowskich obyczajów, więc nie wchodziłem na grodzone i z asfaltu zszedłem dopiero w dolinę potoku Bowańskiego. A w dolinie droga prowadziła nie bardzo w moim kierunku i musiałem skręcić ostro w lewo na zbocze (mapka powyżej). Na mapce może tego nie widać, ale w terenie było ostro. Nawet mi się wydawało, że jest to pionowo pod górę, ale chyba nie było pionowo, bo bym zleciał na dół
Grzbiet z Kotylnicą i Kiczerą był cały zarośnięty lasem i dopiero na doliną Wetlinki coś zaczęło być widać. Tam pójdę jutro.
A tu w dole będę jeszcze dzisiaj
I tak kręcąc się po drogach i bezdrożach dotarłem do Łuhu.
Na cerkwisku stoją dwa drewniane krzyże. Starszy postawiono w 1938 r. w 950 rocznicę chrztu Rusi.
A u stóp nowszego: jak przynieść, to wszyscy ale pozbierać nie ma kto.
Urzędowa droga do schroniska (czarny szlak) robi dużą pętlę, nadkładając ponad dwa kilometry. Korzystając z niezbyt wysokiej wody przelazłem na skróty przez Wetlinkę.
Na Jaworzcu trafił mi się jednoosobowy pokój o powierzchni średniego namiotu ze zniżką z tytułu braku ogrzewania.
![]()
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)