Po południowej drzemce i nabraniu sił, dziarsko ruszyłem drogą przez Buk na południe, wypatrując, gdzie by tu zejść z drogi na wschód, w kierunku cerkwiska. Teraz już chyba wiem, którędy można było dojść. Pewnie tędy.


Wtedy, idąc, po lewej widziałem tylko siatki, płoty i inne ogrodzenia. Nawet, gdy skończyły się zabudowania, na skraju lasu było podwójne ogrodzenie - z drewnianych żerdzi i białej taśmy.


Nie znam bukowskich obyczajów, więc nie wchodziłem na grodzone i z asfaltu zszedłem dopiero w dolinę potoku Bowańskiego. A w dolinie droga prowadziła nie bardzo w moim kierunku i musiałem skręcić ostro w lewo na zbocze (mapka powyżej). Na mapce może tego nie widać, ale w terenie było ostro. Nawet mi się wydawało, że jest to pionowo pod górę, ale chyba nie było pionowo, bo bym zleciał na dół
Grzbiet z Kotylnicą i Kiczerą był cały zarośnięty lasem i dopiero na doliną Wetlinki coś zaczęło być widać. Tam pójdę jutro.


A tu w dole będę jeszcze dzisiaj


I tak kręcąc się po drogach i bezdrożach dotarłem do Łuhu.


Na cerkwisku stoją dwa drewniane krzyże. Starszy postawiono w 1938 r. w 950 rocznicę chrztu Rusi.


A u stóp nowszego: jak przynieść, to wszyscy ale pozbierać nie ma kto.


Urzędowa droga do schroniska (czarny szlak) robi dużą pętlę, nadkładając ponad dwa kilometry. Korzystając z niezbyt wysokiej wody przelazłem na skróty przez Wetlinkę.


Na Jaworzcu trafił mi się jednoosobowy pokój o powierzchni średniego namiotu ze zniżką z tytułu braku ogrzewania.