Co dotyczy chleba naszego bieszczadzkiego, to mam jeszcze jedną opowieść. To najpewniej był 89r, było nas czworo: moja sąsiadka(początek studiów) jej brat połowa podstawówki, sąsiad z drugiej strony-połowa liceum lotniczego i ja- człowiek który obiecał sobie na szkolnej wycieczce, że tu wrócę i nie był to mój pierwszy powrót. Plecaki mieliśmy wyładowane prowiantem za wyjątkiem chleba, którego mieliśmy mało. Dniem wyjazdu był najprawdopodobniej piątek. Na początek kilka godzin jazdy autobusem do Rzeszowa a dalej następnym do Ustrzyk Dolnych albo Leska. W Cisnej byliśmy na tyle póżno, że czasu zostało na śpieszne dojście do bazy w Łopience, oczywista przez Jamy pod Łopiennikiem. Nie wiem, czy to był 22lipca czy co, ale w poniedziałek i wtorek sklepy miały być jeszcze zamknięte.
W niedzielę wybraliśmy się do kościoła do Terki: Ewa, ja i jeden bazowicz. Adam z Michałem zostali i mieli napowiedziane, żeby nie zeżreć wszystkiego chleba- co obiecali.
Po drodze obiecałem sobie, że coś wymyślę i kupię od dobrych ludzi chleb albo ziemniaki. Jakie było moje szczęście, gdy wśród wiernych dostrzegłem panią sklepową ze sklepu w Terce to nie muszę mówić. Ona na pewno coś poradzi, może w domu albo w sklepie ma chleb.
Tu ciekawostka, że pani Danuta w tym sklepie pracuje nadal(przynajmniej tak myślę)!!!
Niestety w trakcie mszy Ewa żle się poczuła, pod koniec nabożeństwa musieliśmy wyjść. Pani sklepowa gdzieś nam się zapodziała, przepadła jak kamień w wodę. Pozostało mi zapukać do pierwszej lepszej chaty, żeby wybrnąć z kryzysu, Ewa i bazowicz raczej mi to odradzali. Niestety gospodyni powiedziała, że przykro jej ale z uwagi że ma gości nie bardzo ma się czym się podzielić i nagle zza drzwi wyjrzała pani sklepowa, to ona z rodziną przyjechała w gości. Gdy powiedziałem, że jesteśmy z bazy w Łopience twarz pani sklepowej się rozjaśniła. Powiedziała że chleba w sklepie zostało ale tu nie mieszka i musi sprawdzić czy ma ze sobą klucze od sklepu. To trochę trwało.
Możecie sobie wyobrazić moją radość gdy wracaliśmy do bazy z kilkoma bochenkami, tak żeby obdzielić pozostałych gapowiczów. Co z tego, że po drodze parę razy nas zlało.
Po powrocie Adam z Michałem mieli miny winowajców proszących o litość. Te resztę chleba zjedli bo bardzo zgłodnieli. Na początku zjedli swoją porcję następnie trochę nadgryżli naszą a gdy nasz powrót się opóżniał zjedli wszystko.
Podczas pobytu na bazie staraliśmy się być aktywni i pomocni. Nosiliśmy wodę, rąbali drewno przyniesione z lasu. Po drewno trzeba było się nachodzić bo blisko było dawno wyzbierane.
Gdy na zakończenie pobytu bazowy wystawił nam rachunek, to były to symboliczne grosze.
Drugi obóz założyliśmy w Ustrzykach Górnych ale chleba z Terki wystarczyło nam do końca.
Wychowaliśmy się w małej lubelskiej wiosce, całkiem niedaleko Wisły. Ewa mieszka w Chicago, Michał broni polskiego nieba a Adaś ma swoją firmę i osiągnął duży sukces finansowy. On swoje dzieci często woził w Bieszczady i latem i zimą. Ja siedzę na miejscu i co roku staram się pokazać Bieszczady nowym ludziom.
Każdy swój wyjazd w te góry
traktuję jako życiowy sukces.


Odpowiedz z cytatem