Jako się rzekło :)
Trwa przedświąteczna gorączka, więc to idealny moment, żeby zaszyć się ze szklanką i laptopem w kącie domu, by zebrać myśli i wspomnienia.
Nie muszę chyba nikomu mówić (ani też przypominać), jak mrocznym przedmiotem pożądania była ćwierć wieku temu puchowa kurtka. Odzież zarezerwowana dla himalaistów i innych zawodowych hardkorów stałą się na początku lat 90 dostępna dla wszystkich, a przynajmniej dla wszystkich tych, którzy dysponowali odpowiednią gotówką. Niestety, przez dłuższy czas takową nie dysponowałem, dopóki nie przepracowałem całego września 1990 roku w pierwszej w Poznaniu budzie z kebabem, która stanęła radośnie bez żadnych zezwoleń na Starym Rynku. Paszę miałem darmową, więc całe honorarium za ten miesiąc mogłem przeznaczyć na wymarzony cel odzieżowy. To znaczy byłem w stanie sfinansować za pensję jakieś pół kurtki, ale na drugie pół dorzucili rodzice w ramach prezentu gwiazdkowego.
Astronomiczna cena wynikała m.in. z faktu, że takiej kurtki nie można było wówczas po prostu kupić, można było jedynie zamówić, by uszyto ją na miarę. W Poznaniu zajmowała się tym firma produkująca kołdry puchowe. Przez ćwierć wieku nosiłem w sobie fiszkę z informacją, że firma mieściła się przy ul. Gołębiej, niedaleko Starego Rynku. Przed chwilą z ciekawości wpisałem odpowiedni zestaw słów w Google'a i ze wzruszeniem skonstatowałem, że przedsiębiorstwo o tym profilu nadal mieści się pod tym adresem.
koldry.jpg
Określenie "kurtka na miarę" nie oznaczało jednak, że ktoś tu z kogoś brał miarę. Po prostu produkt występował w dwóch wersjach: dużej i małej. Mistrz krawiecki, zanim przyjął zamówienie, obrzucał klienta krytycznym spojrzeniem i bezdyskusyjnie wyrokował: duża albo mała. W moim przypadku oczywiście duża. Ale odzież była faktycznie robiona na zamówienie, więc trzeba było swoje odczekać. Kurtka występowała oczywiście w jednym, jedynie słusznym kolorze - czarnym, za to od wewnątrz była szara. Krawiec zapewniał, że materiał z zewnątrz był impregnowany i faktycznie, przez jakiś czas był. Poza tym - co za ekstrawagancja! - kurtka miała odpinany kaptur, sznurki ze stoperami i wewnętrzną kieszeń. Do końca nie było wiadomo, jakiego rodzaju pierza użyto do jej produkcji, ale gdy parę lat później zaczęło wyłazić, rzeczywiście wyglądało jak pierze. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że pierza nie żałowano - nawet ja, wówczas młody i szczupły, od początku wyglądałem w kurtce jak ludzik Michelina.
Chrzest bojowy "puchatek" przeszedł - jakżeby inaczej - w Bieszczadach. Wyprawa ta jest warta odnotowania także z dwóch innych \względów: był to mój jedyny zimowy wyjazd w Biesy, a zarazem najkrótszy pobyt w tej magicznej krainie. Pojechałem sam, na pełnym spontanie, w przerwie po sesji zimowej. Na nizinach była już wiosna, ale bieszczadzkie chałupy były okazały się zasypane śniegiem po kalenice. Pamiętam moje bezbrzeżne zdumienie, gdy wysiadając z autobusu pod dworcem w Ustrzykach Dolnych zrobiłem krok i... wpadłem po kolana w śnieg. Ale się nie poddawałem. Jakimś zupełnym fartem złapałem stopa w stronę interioru i w środku nocy wylądowałem w jakby wymarłych Ustrzykach Górnych. Przesiedziałem do rana pod jakąś wiatą, a ze świtem próbowałem wyjść gdzieś w góry. Okazało się jednak, że nikt nie odśnieżył szlaków, więc nie było szans, żeby bez zimowego sprzętu (a takowego - oprócz kurtki i butów - nie miałem) oddalić się choćby na 5 metrów od bieszczadzkiej pętli. Cały dzień próbowałem straceńczo wbić się na jakiś szlak, ale bez powodzenia. Już nie pamiętam, jak dotarłem wieczorem do Wetliny, skąd jakiś cudem od razu przesiadłem się w autobus do Rzeszowa, a dalej w pociąg powrotny do Poznania. Byłem wykończony - głodny, zmęczony, niewyspany... - ale nie zmarznięty, więc można uznać, że "puchatek" zdał egzamin. Jednak od tej pory konsekwentnie (choć pewnie niesłusznie) omijam Bieszczady zimą.
Kurtka spisywała się dzielnie przez kolejne kilkanaście lat i przetrwała wiele zimowych ataków (głównie na knajpy), a poległa głównie ze względów estetycznych. Zeszła z niej impregnacja, a próby jej przywrócenia spełzły na niczym za sprawą jakichś absurdalnych właściwości materiału, które się po latach ujawniły - materia dumnie nie przyjmowała żadnych obcych impregnatów. Jedynym skutkiem tych zabiegów oraz chemicznego czyszczenia "puchatka" było pojawienie się na materiale plam i zacieków. Dla urozmaicenia metalowe zatrzaski (na patce zasłaniającej zamek i przy kapturze) zaczęły radośnie rdzewieć. Ponadto, jako było już napisane, przez pozbawiony zabezpieczenia materiał garściami zaczęło wyłazić pierze. Bolesną prawdę wypierałem, ile się da, ale wreszcie do mnie dotarło: na nizinach kurtka stała się obrzydliwa, a w górach bezużyteczna. Byłem w rozterce. Nie miałem pojęcia, co zrobić z tak zdekapitalizowaną sztuką odzieży, z którą byłem - jak by nie patrzeć - silnie związany emocjonalnie. Ostatecznie, z bólem serca, wrzuciłem kurtkę do pojemnika PCK. Do tego samego pojemnika wrzuciłem niegdyś (prawie nieużywane, ale uszkodzone) górskie buty, które potem zobaczyłem na stopach miejscowego żula. Pociesza mnie zatem myśl, że i kurtka dostała jakieś drugie życie.
Wesołych, białych Świąt!![]()




Odpowiedz z cytatem

Zakładki