Zainspirowany wigilijną opowieścią w/g Marcowego postanowiłem przypomnieć sobie pierwszy zimowy wypad w Bieszczady.
To było dawno temu, może nawet bardzo dawno.
Padło hasło i razem z kumplem ruszyliśmy na podbój krainy wilków, (które jak wiadomo w zimie stają się głodniejsze)
Za punkt startu wybrane zostały Lutowiska, a to z racji takiej że w tej miejscowości proboszczował znajomy ksiądz. Znajomość polegała na tym że ja go znałem ale on już niekoniecznie.
Logistyka była prosta. Piętrusem kolejowym z Rzeszowa do Przemyśla a tam łapaliśmy międzynarodowy pociąg relacji Warszawa - Zagórz.
Międzynarodowy ??? z jednego miejsca w Polsce do drugiego też w Polsce ??
Też się dziwiliśmy i z zaciekawieniem, a niejako przestrachem obserwowaliśmy dziwne poczynania żołnierzy w odmiennych mundurach.
Była to moja pierwsza w życiu podróż poza granice kraju, wiec wszystko było interesujące, zarówno to co przesuwało się za oknem jak i wewnątrz wagonu.
Gdy pociąg na powrót wrócił do ojczyzny i żołnierze opuścili go na granicy, cały skład zatrzymał się na pierwszy odpoczynek na stacji w Krościenku.
Aby zostawić sobie pamiątkę po tych niebywałych przeżyciach postanowiłem zrobić zdjęcie. Poprosiłem kolegę o wystawienie głowy przez okno przedziału
a ja wyskoczyłem na zewnątrz i z peronu zrobiłem fotkę z użyciem lampy błyskowej ( bo ta porą już się ściemniało)
Ten błysk wywołał emocje u jednego z kolejarzy i gdy pociąg ruszył zablokował przedział, powiadamiając wcześniej Wojska Ochrony Pogranicza że zatrzymał szpiegów.
Na stacji w Ustrzykach Dolnych czekał już na peronie gazik z patrolem wojskowych.
Przekazanie szpiegów odbyło się sprawnie i zostaliśmy zawiezieni na stażnicę, gdzie poddano drobiazgowemu i długiemu przesłuchaniu wraz ze spisaniem stosownego protokołu.
Wtedy dowiedziałem się, że swoim działanie naruszyłem obronność Układu Warszawskiego poprzez wykonywanie zdjęcia na stacji granicznej i grożą nam bardzo surowe konsekwencje.
W końcu nas wypuszczono z czego cieszyliśmy się ale połowicznie, bo po dotarciu na miejscowy dworzec autobusowy okazało się że wszystko już odjechało
Pozostał ostatni ok 21-szej jadący do Czarnej. Wykorzystaliśmy tą szansę i nim zeszła godzina byliśmy bliżej celu.
Z czarnej do Lutowisk tylko jedna górka. Księżyc ładnie świecił, mrozik przypominał że jest luty i trzeba mieć buty.
Ruszyliśmy więc z kopyta w mocnym tempie urozmaicając sobie drogę opowieściami o głodnych wilkach, już o północy byliśmy u celu.
Pukanie i stukanie do drzwi plebani nie przyniosło żadnego odzewu. Cisza.
Obok stał mały budyneczek z gankiem. Ganek był otwarty więc tam zrobiliśmy kwaterę i zakładając na ubranie śpiwór próbowaliśmy spać.
Ganek chronił przed wiatrem ,ale nie przed mrozem, który jak potem dowiedzieliśmy się postanowił zejść poniżej 20-stu
Już o 5-tej rano biegaliśmy wzdłuż przystanku PKS-u wypuszczając imponujące kłęby pary.
Wkrótce nadjechał autobus do Górnych i zabrał nas w pierwszą zimową podróż
(ale nie była to ostatnia zimowa eskapada po Bieszczadach)


Odpowiedz z cytatem