Dzięki za dobre słowa
***
Teraz taki stary okruch, z lata’88, czyli właściwie suchar. Jesteśmy zaraz po maturze, ale jeszcze przed pogrążeniem się w dorosłość. Przyjechaliśmy żegnać szczęsne dzieciństwo w Bieszczady pięcioosobową ekipą mieszaną: trzy koleżanki, Albert i ja. Nie mamy większych trosk ani kłopotów, przynajmniej w dzisiejszym rozumieniu tych słów. Mamy za to przed sobą najdłuższe wakacje w życiu, kieszenie pełne złotówek (w PRL-u było to całkiem naturalne), niezbyt sprecyzowane plany i silny imperatyw, żeby tego wyjazdu nigdy nie zapomnieć.
Niezatartych wrażeń dostarczyły nam już na początku niezawodne PKP. Po kilkunastu godzinach jazdy, późną nocą wytaszczyliśmy nasze sponiewierane ciała z wrocławskiego pociągu na peron w Ustrzykach Dolnych. Ciemno, zimno, mokro, pusto i do domu całkiem daleko. Nie było co robić, więc doczołgaliśmy się do wiaty przystankowej i w półśnie doczekaliśmy świtu. A potem ruszyliśmy do miejsca pierwszego noclegu, którym był PTSM w Jasieniu.
Oczywiście na miejscu nikt nas nie witał kwiatami, za to mieli na podorędziu sporo grubych słów, gdy próbowaliśmy ułożyć się na jakimś wolnym miękkim posłaniu w sali zbiorczej. Nic dziwnego, nie było jeszcze szóstej. Gdy koło siódmej wszystko się jako tako ułożyło i zaczęliśmy wreszcie zapadać w sen, do sali wtargnęła jak burza tyczkowata pani profesor i zaczęła urządzać swoim podopiecznym – a przy okazji i nam – bezwzględną pobudkę. I znów sytuacja stała się więcej niż nieprzyjemna, bo wiecie, do czego jest zdolny zmęczony człowiek pozbawiany snu…
Gdy obóz wędrowny po śniadaniu ruszył w dalszą drogę, mogliśmy już bez przeszkód nadrobić zaległości w spaniu. Gdy się obudziliśmy, słońce – jak to piszą w lichych powieściach – chyliło się już ku zachodowi. A w sali oprócz Alberta i mnie nie było nikogo. Także naszych koleżanek. Ale kto by się nimi przejmował – the lions don’t sleep tonight! Chłopaki ruszyły na żer.
Jakoś tak zachciało się nam wódki. Może dlatego, że wcześniej prawie jej nie piliśmy. A pewnie niektórzy pamiętają, że wódka w owym czasie była towarem niezwykle deficytowym. Żelaznej rezerwy nie chcieliśmy naruszać (o niej później), więc udaliśmy się w stronę cywilizacji, znaczy: do Ustrzyk Dolnych. Nie pamiętam dokładnie, co to była za restauracja, ale błąka mi się po głowie, że stała gdzieś nad strumieniem.
Oczywiście nie było mowy o kupnie butelki na wynos. Nie w porządnym PRL-owskim lokalu! No to zamawialiśmy kolejne pięćdziesiątki. I były męskie rozmowy o rzeczach ważnych i tych najważniejszych. Gdy zeszło na płeć piękną, uznaliśmy – jak na prawdziwych pełnoletnich już dżentelmenów przystało – że nie możemy wrócić do naszych koleżanek z pustymi rękami. I zaczęliśmy kraść wódkę.
Wyglądało to tak: do każdej porcji kieliszków zamawialiśmy oranżadę, oczywiście w butelkach. Najpierw wypijaliśmy duszkiem landrynkowy napój (butelki były kapslowane i miały pojemność 0,33 l), a potem co drugi kieliszek przelewaliśmy do pustej butelki z ciemnego szkła. Udało nam się napełnić w ten sposób niemal dwie takie butelki, które nadawały się „na wynos”.
Oczywiście wydawało nam się wtedy, że jesteśmy tacy super przebiegli i nikt się w naszym szczwanym planie nie zorientuje. Ale im jestem starszy, tym mam większą pewność, że nasze rozpaczliwe zabiegi widzieli dokładnie wszyscy na sali, a na dodatek mieli z tego niezły ubaw.
Jednak nam do śmiechu nie było. Bywalcy z sąsiednich stolików zaczęli coraz bardziej hałasować i coraz mniej przychylnie popatrywać na przybłędów-gołowąsów. Na szczęście byliśmy na tyle trzeźwi, żeby to dostrzec i zrozumieć, że pora się ewakuować. No to się ewakuowaliśmy, unosząc z sobą bezcenny urobek.
W jasieńskim schronisku czekały na nas wesołe koleżanki, które ani myślały zdradzić, co robiły podczas swojej nieobecności (ech, te dziewczyńskie sekrety…), za to bardzo zainteresowały się zawartością naszych – zdobytych nadludzkim wysiłkiem fizycznym i intelektualnym – butelek.
Byliśmy w schronisku sami, więc jakoś tak samo z siebie pojawiło się ognisko i gitara. I za Tomkiem Opoką śpiewaliśmy, że „znowu jesteśmy po wódce i znowu jest czas odkupienia”. I rozmawialiśmy o rzeczach kluczowych, jak to u maturzystów bywa. A może bywało?
Zdrzemnęliśmy się nad ranem. Wystarczyła godzina czy dwie, by się zregenerować i zasiąść w pełnej dyspozycji przy śniadaniu, a także snuć plany na najbliższe dni. I tu pierwszy zgrzyt – koleżanki miały jasną koncepcję podróży na dziś, której imię było… Solina. Byliśmy nawet skłonni ją zaakceptować, byle dotrzeć nad zalew nieco dalszą drogą, zaczęły się więc negocjacje, w których kluczową rolę odgrywały paluchy kreślące po mapie esy-floresy i krzyżujące się czasem groźnie jak jakieś szpady. Niestety, kolejne opcje nijak nie dawały się pogodzić. Stanęło więc na tym, że koleżanki zaraz po śniadaniu na własną rękę spróbują złapać stopa w krainę olejkiem do opalania płynącą, a chłopaki ruszą tamże, z tym że pieszo przez Żuków.
To niesamowite, że nie mieliśmy wówczas absolutnie żadnych obiekcji pozwalając paniom udać się samotrzeć w dzicz, bez męskiej asysty, w zasadzie nie mając pewności, że się kiedykolwiek znów obaczym. Bo też znikały w bieszczadzkim interiorze, biedulki, bez GPS-a czy innego GSM-a. Ba, nawet nie przyszło nam do głowy, żeby uzgodnić jakieś szczegóły co do czasu czy miejsca, w którym mielibyśmy się w tej Solinie spotkać. Po prostu było wiadomo, że już jak tam wszyscy dojdziemy to się spotkamy i szlus. I faktycznie, gdy dwa dni później wczołgaliśmy się z Albertem na jakąś plażę nad zalewem, pierwszymi osobami, na jakie się natknęliśmy, były nasze zrelaksowane i lekko już zrumienione przez słońce koleżanki. Nawet nie było żadnych okrzyków zdziwienia. Ot, tak miało być.
Ale zanim do tego spotkania doszło, przemaszerowaliśmy z Albertem dzielnie całą trasę z jednym noclegiem. I tu pamięć mnie zawodzi – nie mogę sobie przypomnieć, gdzie mogliśmy po drodze spać. Na pewno był to PTSM, chyba szkoła, ale z rozstawionymi na boisku wojskowymi namiotami, wyposażonymi jedynie w płócienno-drewniane prycze bez dodatków. Pamiętam też, że oprócz nas w schronisku nie było nikogo.
Wieczór w wymarłym hangarze specjalnych rozrywek nie dostarczył, więc postanowiliśmy naruszyć żelazne zapasy płynów rozweselających i opróżnić jedną z dwóch butelek żytniej zakupionych w Peweksie w naszym rodzinnym mieście. Pamiętacie ten zapach i żytnią za jednego dolara? Mieliśmy z Albertem zachomikowane 5 dojczmarek, czyli na dwie butelki wystarczyło. Szkło dojechało w Bieszczady owinięte we wszystkie szmaty, które tylko mieliśmy w plecakach, ze śpiworami włącznie. Wiadomo, krucha rzecz, w dodatku za dewizy.
Do konsumpcji byliśmy przygotowani profesjonalnie także za sprawą turystycznych, blaszanych kieliszków. Ale w owym zapomnianym PTSM-ie pojawił się poważny problem: brak światła. Jedyna nasza kieszonkowa latarka po dziesięciu minutach i dwóch kolejkach nerwowo zamrugała, błysnęła na pożegnanie i zgasła. Noc była pochmurna, boisko nieoświetlone, podobnie jak okna szkoły. I na dworze, i pod wojskowym brezentem było tak czarno, jak tylko czarno w Bieszczadach być może.
I jak tu polewać na ślepo? Małpa nie gapa, sobie poradzi. Opracowaliśmy autorski system, genialny w swej prostocie, bazujący na innych dostępnych zmysłach: słuchu i dotyku. Otóż po wymacaniu otworu butelki i krawędzi kieliszka należało je zetknąć, delikatnie przechylić butelkę i w absolutnej ciszy wsłuchać się w bulgot, który wydawało napełniane naczynko. W odpowiednim momencie, gdy dźwięk dopełzał do końca pierwszej oktawy, należało przerwać zabieg. Tytułem kontroli trzeba było jeszcze wsadzić paluch do kieliszka, by sprawdzić, czy lustro cieczy znajduje się w odpowiedniej odległości od krawędzi kieliszka. Trzeba przyznać, że w praktyce system okazał się daleki od doskonałości. Ileż bezcennej żytniej wsiąkło naonczas w nasze śpiwory i znękaną bieszczadzką ziemię…
I to chyba wszystkie obrazy, które zostały w pamięci z tamtego pobytu. Może jeszcze mało zachęcająca scena z heroicznej walki o miejsce stojące w pekaesie z Cisnej do Rzeszowa. I kolejna batalia o prawo do zabrania z sobą plecaka.
Czytam opis od początku i jakoś tak wynika zeń, że myśmy tam w zasadzie nie trzeźwieli… Ale to nie tak. Owszem, nikt za kołnierz nie wylewał, ale nie pamiętam, żeby ktoś się urżnął czy wyprawiał z tego powodu jakieś brewerie. Ba, nawet kaca wtedy chyba nikt nie miał! To wszystko przyszło znacznie później.
Nie był to ani pierwszy, ani najciekawszy mój wyjazd w Bieszczady, ale najbardziej kojarzy mi się z bieszczadzką wolnością i „tamtymi czasami”. Jednym z symboli tej wolności stała się ta nieszczęsna półlitrówka, ale to raczej dlatego, że wtedy po raz pierwszy „można było”.
Nadal nie rozumiem, jak nasza grupa była w stanie obyć się bez telefonów, nawigacji i innych gadżetów, na dodatek co chwilę rozdzielając się i ponownie spotykając.
Nie pojmuję, dlaczego nasi rodzice zupełnie spokojnie przyjmowali deklaracje w rodzaju: „Jadę w Bieszczady… gdzieś tam… Wrócę za miesiąc… chyba... No dobrze, spróbuję zadzwonić… ale nie obiecuję.” A przecież niektórzy rodziciele znali Bieszczady wyłącznie ze szkolnej mapy fizycznej Polski, ewentualnie z „Ogniomistrza Kalenia”.
Nie mieści mi się w głowie, że zakrzywialiśmy zasady arytmetyki i ekonomii, finansując ten miesięczny wypad z niedużego kieszonkowego czy jakiejś symbolicznej kasy zarobionej przy zbieraniu truskawek.
Ale tak było![]()


Odpowiedz z cytatem