Hmm...Bieszczadzkie okruchy-moje początki pamiętam jak przez mgłę ,były to przecież tak odległe czasy/wczesne lata 70-te/.Wyjazd rankiem i po kilkunastu godzinach męczące jazdy starym śmierdzące od spalin autobusem wreszcie upragniony cel Wetlina.Obóz harcerski położony gdzieś obok głównej drogi Cisna-UG (po wielu latach odnalazłem to magiczne miejsce)dziś juz zarośnięte ,natura upomniała się o swoje,wtedy tętniące źyciem i gwarem młodzieży. Nie był to tylko obóz harcerski jaki znamy z opowiadań naszych dzieci i dzieci znajomych,odpoczynek i zabawa połączone były z ...pracą,tak właśnie pracą.Codziennie po śniadaniu w towarzystwie najczęściej leśniczego lub gajowego maszerowaliśmy nawet po kilka km by tam otrzymać konkretne zadanie.Dziś to nie do pomyślenia ale wtedy dziewczęta pracowały na równi z chłopakami a praca nie należała do łatwych.Mieliśmy np. Wykopać po 10 m rowu melioracyjnego (dziewczęta 4 m) wzdłuż stokówki ,a warunki jakie tam były kaźdy bieszczadnik wie -glina zmieszany z kamieniami.Za punkt honoru braliśmy sobie wykonać swą robotę i pomagać ile kto mógł dziewczętom .Wracaliśmy zmęczeni z piekącymi do krwi rękami ale bardzo szczęśliwi bo kaźdy czekał na wieczór przy ognisku,w środku obozu głównym punktem było ognisko,duże ognisko,przysiadaliśmy się w kręgu by patrzeć w źar ognia i snop iskier wznoszących się ku rozgwiaźdźonemu niebu,przy dźwiękach gitar i śpiewu harcerskich pieśni rozchodzących się echem po lesie-a także niesamowitych opowieści leśników,zwykłych tutejszych ludzi a nawet...partyzanta Upa który po odsiedzeniu swej kary na Montelupich w Krakowie osiedlił się w bieszczadach i pozostał.Dlatego teź uwielbiam zasiąść przy ognisku w gronie bieszczadników/KIMB/i słuchać opowiadań prawdziwych weteranów jak i nowicjuszy pieszych wędrówek po tym przepięknym zakątku kraju.z pozdrowieniami Rico