Moja trwająca do dziś bieszczadzka przygoda zaczęła się dość późno, bo dopiero w 1990. Znaczy wcześniej coś tam pamiętam jakąś Solinę czy przejazd wielką obwodnicą z rodzicami ale nic ponadto.
W pamiętnym 1990 trafiłem z drużyną i kilkoma innymi na obóz w Ustrzykach Górnych. Pięknie położone miejsce, na patelni w zakolu rzeki zaraz za mostkiem po prawej wjeżdżając od strony Lutowisk.
Podróż autobusem marki "ogórek" z przyczepą ochrzczoną przez nas jako "korniszon" już była emocjonująca. Do "ogórka" jeszcze wrócę.
Warunki polowe na miejscu też wspominam ciepło
- poczynając od kuchni polowej z etatem palacza, którego jedynym obowiązkiem było jej uruchomienie codziennie rano (co dla mieszczuchów nie było takie proste);
- subtelnie w pewnym oddaleniu położonych sławojek;
- sąsiadujących z obozem lokalsów w postaci gniazda żmij. Jako, że było koło bramy wejściowej, po pewnym czasie na nikim z obozowiczów nie robiły już wrażenia, a wręcz przeciwnie na odwiedzających;
- zaopatrzenie w wodę, a mianowicie jej noszenie w wiadrach ze źródła w Parku na drugim brzegu. Przejście było po wąskim mostku, a że, jak wspomniałem, były lokalne żmije i lubiły się wygrzewać na kamyczkach, parę razy skończyło się kąpielą niosącego wodę (żmija leżała akurat na zejściu z kładki).
Wspominam zakupy w sklepie w Ustrzykach, gdzie trzeba było zamawiać ile chlebów chcemy na następny dzień; ba, nie tylko chlebów, owoce kupowaliśmy na sztuki, chodziło się z kilkoma plecakami i przynosiło to wszystko. Po jakieś poważniejsze zakupy (i po kasę do banku) delegacja jeździła do Sanoka PKSem.
Pierwsze wyjścia w góry to była Caryńska, pamiętam też Tarnicę i Bukowe Berdo. No i Rawkę. Długie podejście od Ustrzyk.
Wracając z obozu kierowca nie mógł się zadziwić czemu "ogórek" nie chce wyjechać pod górki. No nic dziwnego, skoro w "korniszonku" (który służył na terenie obozu jako magazyn) wieźliśmy z powrotem chyba z tonę drewna (legalnie zakupionego do palenia pod kuchnią).
Parę zdjęć tu https://goo.gl/photos/d6zh9h6M36HSYMzz7
Po powrocie jakoś tak szybko doszedłem z kolegą do wniosku, ze wakacje sie jeszcze nie kończą i warto by było się wybrać ponownie. No i się wybraliśmy we dwóch chyba 2 tygodnie później, mając w planie "zrobienie" trasy Wołosate-gniazdo Tarnicy, nastepnie przez połoniny, Smerek, Okrąglik do Cisnej.
Oczywiście z całym prowiantem, namiotem, kocherkiem (chyba na benzynę). Plecaki ważyły ponad 15kg. Ale plecaki już ze stelażem rurkowym.
Obie połoniny podczas burzy mózgów przeszliśmy w jeden dzień, trochę dnia brakło i po ciemku schodziliśmy ze Smereka. I przez rzeczkę także. I rozbijaliśmy namiot. Rano okazało się, że spaliśmy kolo oczyszczalni ścieków w Smereku. Ale nawet nie śmierdziało (a może nam to nie przeszkadzało).
Dochodząc do Cisnej (po drodze pierwsza w życiu kontrola dokumentów przez WOP pod Okrąglikiem) mieliśmy już serdecznie dość i wróciliśmy dzień wcześniej niż to było w planie. Oficjalnym powodem był brak cukru do herbaty ;-)
Potem bywały też obozy wędrowne, rajdy itp. Ale ten pierwszy będzie zawsze pierwszy.
Od tego czasu już tylko wracam.


Odpowiedz z cytatem