Strona 1 z 6 1 2 3 4 5 6 OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 1 do 10 z 52

Wątek: Bieszczadzkie okruchy

  1. #1
    Administrator Awatar Marcowy
    Na forum od
    09.1998
    Rodem z
    Zacisze
    Postów
    2,525

    Domyślnie Bieszczadzkie okruchy

    Uzbierało mi się w pamięci sporo historii i obrazów z pobytów w Bieszczadach. Takich pojedynczych scenek i wrażeń. Miniaturka to za mało na cały wątek, ale na łyk… no, łyczek wspomnień wystarczy. A zatem będę sączył

    ***

    Mam taki odruch, że gdy wjeżdżam samochodem w Bieszczady, na widok znajomych pagórów ręka sama sięga do schowka i wyjmuje płytę Wolnej Grupy Bukowiny. To stara składanka, nie jestem pewien, czy do końca legalna, w każdym razie z serii „Złota Kolekcja”. Płyta wyciągnięta z wielkiego kosza w Tesco, więc okładka już w momencie zakupu urodą nie kusiła. Ale moc emocjonalną ma zapis od początku potężny, szczególnie w zestawieniu z bieszczadzkim krajobrazem za oknami.

    Najczęściej w krainę Biesa i Czada zanurzam się od strony Ustrzyk Dolnych, więc pierwszych taktów WGB słucham zazwyczaj już w Jasieniu. A jakoś tak jest, że gdy zbliżam się do punktu widokowego przed Lutowiskami, przychodzi czas na „Bukowinę II”. Czasem udaje mi się tak zsynchronizować podróż z playlistą, że kulminacja w refrenie: „Niechaj zalśni Bukowina w barwie malin” przypada dokładnie w momencie, gdy auto osiąga szczyt wzniesienia, a przed oczami otwiera się wiadomy widok. Doznanie niemal mistyczne. Kiedyś nawet zatrzymałem samochód na poboczu sto metrów wcześniej i odczekałem ze dwa-trzy takty, żeby się zgrało. Warto było.

    Powie ktoś: „gdzie Rzym, gdzie Krym?”, czyli „gdzie Bieszczady, a gdzie Bukowina”. Ale nic na to nie poradzę: te dwie krainy zrosły się pod moją czaszką na trwałe. Żadna lobotomia nie pomoże.

    Najczęściej w krainę Biesa i Czada trafiam przez Ustrzyki Dolne, ale… nie tym razem. Tym razem celem jest Komańcza, więc przed Sanokiem odbijam na Bukowsko. Skręcam z ulgą, bo nie lubię jeździć przez Sanok. Przepychanie się przez centrum miasta, gdy góry są już zasięgu ręki i wzroku, jest wyjątkowo perfidną torturą.

    No to jadę, po raz pierwszy tą trasą jako kierowca. A że ówczesna moja firma właśnie kupiła nawigację, która na weekend i tak się nikomu nie przyda, pożyczyłem ją więc sobie, bo być może przyda się mi. I tuż za Sanokiem ożywiam magiczne pudełko i wpisuję adres docelowy. Bardziej z ciekawości, czy automatyczny pilot sobie z zadaniem poradzi, bo samochodowy GPS jest wówczas jeszcze gadżetem niezbyt popularnym i dość kosztownym. A na drodze do Komańczy zgubić się raczej trudno, nawet o zachodzie słońca, który właśnie wchodzi w najpiękniejsza fazę.

    A drugą ręką wsuwam do odtwarzacza płytę Wolnej Grupy Bukowiny i zaczyna się znajomy spektakl pt. „Bieszczadzkie światło i dźwięk”, czyli strofy Bellonowe bogato ilustrowane pejzażami za oknem. Mruczę sobie pod nosem, a jakże, wtórując Zajączkowi. Po chwili jednak do naszego duetu niespodziewanie przyłącza się ktoś trzeci. Tajemniczy głos nie trzyma tonacji, o rytmie i tekście nie wspominając. Sprawia wrażenie, że śpiewa jakąś własną pieśń. Milknę oburzony zachowaniem intruza, ale po chwili konstatuję, że jego wtręty nie są tak do końca pozbawione sensu. Ba! nawet całkiem udatnie nawiązują do poetyki tekstów i panoramy za oknem.

    Dialog idzie jakoś tak:

    - Wiedziałaś, gdzie stopy znużone prowadzić...
    - Za... 300... metrów... skręć w prawo.

    - I to dziwne drżenie rąk…
    - Za... 100... metrów... możliwy radar.

    - I nie mogę znaleźć Bukowiny, i nie mogę znaleźć…
    - Jesteś na miejscu, prowadził cię Krzysztof Hołowczyc.

  2. #2
    Botak Roku 2016 Awatar asia999
    Na forum od
    11.2008
    Rodem z
    jakieś 73 cm od Tarnicy ... w skali 1:1.000.000
    Postów
    1,572

    Domyślnie Odp: Bieszczadzkie okruchy

    Cytat Zamieszczone przez Marcowy Zobacz posta
    - Za... 100... metrów... możliwy radar.
    przy pierwszych jazdach z nawigacją moja Mama myślała, że Hołowczyc mówi: "za 100 metrów może dasz radę"

    bardzo smaczne te okruchy Marcowy :)))

  3. #3
    Bieszczadnik Awatar Aleksandra
    Na forum od
    09.2002
    Rodem z
    Warszawa
    Postów
    932

    Domyślnie Odp: Bieszczadzkie okruchy

    Nawet nie wiesz jak ja lubię takie zbieranie okruchów :) Czekam na ich pełne garście.
    "niech będą błogosławione wszystkie drogi proste, krzywe, dookolne…"
    http://takiewedrowanie.blogspot.com/

  4. #4
    Administrator Awatar Marcowy
    Na forum od
    09.1998
    Rodem z
    Zacisze
    Postów
    2,525

    Domyślnie Odp: Bieszczadzkie okruchy

    Dzięki za dobre słowa

    ***

    Teraz taki stary okruch, z lata’88, czyli właściwie suchar. Jesteśmy zaraz po maturze, ale jeszcze przed pogrążeniem się w dorosłość. Przyjechaliśmy żegnać szczęsne dzieciństwo w Bieszczady pięcioosobową ekipą mieszaną: trzy koleżanki, Albert i ja. Nie mamy większych trosk ani kłopotów, przynajmniej w dzisiejszym rozumieniu tych słów. Mamy za to przed sobą najdłuższe wakacje w życiu, kieszenie pełne złotówek (w PRL-u było to całkiem naturalne), niezbyt sprecyzowane plany i silny imperatyw, żeby tego wyjazdu nigdy nie zapomnieć.

    Niezatartych wrażeń dostarczyły nam już na początku niezawodne PKP. Po kilkunastu godzinach jazdy, późną nocą wytaszczyliśmy nasze sponiewierane ciała z wrocławskiego pociągu na peron w Ustrzykach Dolnych. Ciemno, zimno, mokro, pusto i do domu całkiem daleko. Nie było co robić, więc doczołgaliśmy się do wiaty przystankowej i w półśnie doczekaliśmy świtu. A potem ruszyliśmy do miejsca pierwszego noclegu, którym był PTSM w Jasieniu.

    Oczywiście na miejscu nikt nas nie witał kwiatami, za to mieli na podorędziu sporo grubych słów, gdy próbowaliśmy ułożyć się na jakimś wolnym miękkim posłaniu w sali zbiorczej. Nic dziwnego, nie było jeszcze szóstej. Gdy koło siódmej wszystko się jako tako ułożyło i zaczęliśmy wreszcie zapadać w sen, do sali wtargnęła jak burza tyczkowata pani profesor i zaczęła urządzać swoim podopiecznym – a przy okazji i nam – bezwzględną pobudkę. I znów sytuacja stała się więcej niż nieprzyjemna, bo wiecie, do czego jest zdolny zmęczony człowiek pozbawiany snu…

    Gdy obóz wędrowny po śniadaniu ruszył w dalszą drogę, mogliśmy już bez przeszkód nadrobić zaległości w spaniu. Gdy się obudziliśmy, słońce – jak to piszą w lichych powieściach – chyliło się już ku zachodowi. A w sali oprócz Alberta i mnie nie było nikogo. Także naszych koleżanek. Ale kto by się nimi przejmował – the lions don’t sleep tonight! Chłopaki ruszyły na żer.

    Jakoś tak zachciało się nam wódki. Może dlatego, że wcześniej prawie jej nie piliśmy. A pewnie niektórzy pamiętają, że wódka w owym czasie była towarem niezwykle deficytowym. Żelaznej rezerwy nie chcieliśmy naruszać (o niej później), więc udaliśmy się w stronę cywilizacji, znaczy: do Ustrzyk Dolnych. Nie pamiętam dokładnie, co to była za restauracja, ale błąka mi się po głowie, że stała gdzieś nad strumieniem.

    Oczywiście nie było mowy o kupnie butelki na wynos. Nie w porządnym PRL-owskim lokalu! No to zamawialiśmy kolejne pięćdziesiątki. I były męskie rozmowy o rzeczach ważnych i tych najważniejszych. Gdy zeszło na płeć piękną, uznaliśmy – jak na prawdziwych pełnoletnich już dżentelmenów przystało – że nie możemy wrócić do naszych koleżanek z pustymi rękami. I zaczęliśmy kraść wódkę.

    Wyglądało to tak: do każdej porcji kieliszków zamawialiśmy oranżadę, oczywiście w butelkach. Najpierw wypijaliśmy duszkiem landrynkowy napój (butelki były kapslowane i miały pojemność 0,33 l), a potem co drugi kieliszek przelewaliśmy do pustej butelki z ciemnego szkła. Udało nam się napełnić w ten sposób niemal dwie takie butelki, które nadawały się „na wynos”.

    Oczywiście wydawało nam się wtedy, że jesteśmy tacy super przebiegli i nikt się w naszym szczwanym planie nie zorientuje. Ale im jestem starszy, tym mam większą pewność, że nasze rozpaczliwe zabiegi widzieli dokładnie wszyscy na sali, a na dodatek mieli z tego niezły ubaw.
    Jednak nam do śmiechu nie było. Bywalcy z sąsiednich stolików zaczęli coraz bardziej hałasować i coraz mniej przychylnie popatrywać na przybłędów-gołowąsów. Na szczęście byliśmy na tyle trzeźwi, żeby to dostrzec i zrozumieć, że pora się ewakuować. No to się ewakuowaliśmy, unosząc z sobą bezcenny urobek.

    W jasieńskim schronisku czekały na nas wesołe koleżanki, które ani myślały zdradzić, co robiły podczas swojej nieobecności (ech, te dziewczyńskie sekrety…), za to bardzo zainteresowały się zawartością naszych – zdobytych nadludzkim wysiłkiem fizycznym i intelektualnym – butelek.

    Byliśmy w schronisku sami, więc jakoś tak samo z siebie pojawiło się ognisko i gitara. I za Tomkiem Opoką śpiewaliśmy, że „znowu jesteśmy po wódce i znowu jest czas odkupienia”. I rozmawialiśmy o rzeczach kluczowych, jak to u maturzystów bywa. A może bywało?

    Zdrzemnęliśmy się nad ranem. Wystarczyła godzina czy dwie, by się zregenerować i zasiąść w pełnej dyspozycji przy śniadaniu, a także snuć plany na najbliższe dni. I tu pierwszy zgrzyt – koleżanki miały jasną koncepcję podróży na dziś, której imię było… Solina. Byliśmy nawet skłonni ją zaakceptować, byle dotrzeć nad zalew nieco dalszą drogą, zaczęły się więc negocjacje, w których kluczową rolę odgrywały paluchy kreślące po mapie esy-floresy i krzyżujące się czasem groźnie jak jakieś szpady. Niestety, kolejne opcje nijak nie dawały się pogodzić. Stanęło więc na tym, że koleżanki zaraz po śniadaniu na własną rękę spróbują złapać stopa w krainę olejkiem do opalania płynącą, a chłopaki ruszą tamże, z tym że pieszo przez Żuków.

    To niesamowite, że nie mieliśmy wówczas absolutnie żadnych obiekcji pozwalając paniom udać się samotrzeć w dzicz, bez męskiej asysty, w zasadzie nie mając pewności, że się kiedykolwiek znów obaczym. Bo też znikały w bieszczadzkim interiorze, biedulki, bez GPS-a czy innego GSM-a. Ba, nawet nie przyszło nam do głowy, żeby uzgodnić jakieś szczegóły co do czasu czy miejsca, w którym mielibyśmy się w tej Solinie spotkać. Po prostu było wiadomo, że już jak tam wszyscy dojdziemy to się spotkamy i szlus. I faktycznie, gdy dwa dni później wczołgaliśmy się z Albertem na jakąś plażę nad zalewem, pierwszymi osobami, na jakie się natknęliśmy, były nasze zrelaksowane i lekko już zrumienione przez słońce koleżanki. Nawet nie było żadnych okrzyków zdziwienia. Ot, tak miało być.

    Ale zanim do tego spotkania doszło, przemaszerowaliśmy z Albertem dzielnie całą trasę z jednym noclegiem. I tu pamięć mnie zawodzi – nie mogę sobie przypomnieć, gdzie mogliśmy po drodze spać. Na pewno był to PTSM, chyba szkoła, ale z rozstawionymi na boisku wojskowymi namiotami, wyposażonymi jedynie w płócienno-drewniane prycze bez dodatków. Pamiętam też, że oprócz nas w schronisku nie było nikogo.

    Wieczór w wymarłym hangarze specjalnych rozrywek nie dostarczył, więc postanowiliśmy naruszyć żelazne zapasy płynów rozweselających i opróżnić jedną z dwóch butelek żytniej zakupionych w Peweksie w naszym rodzinnym mieście. Pamiętacie ten zapach i żytnią za jednego dolara? Mieliśmy z Albertem zachomikowane 5 dojczmarek, czyli na dwie butelki wystarczyło. Szkło dojechało w Bieszczady owinięte we wszystkie szmaty, które tylko mieliśmy w plecakach, ze śpiworami włącznie. Wiadomo, krucha rzecz, w dodatku za dewizy.

    Do konsumpcji byliśmy przygotowani profesjonalnie także za sprawą turystycznych, blaszanych kieliszków. Ale w owym zapomnianym PTSM-ie pojawił się poważny problem: brak światła. Jedyna nasza kieszonkowa latarka po dziesięciu minutach i dwóch kolejkach nerwowo zamrugała, błysnęła na pożegnanie i zgasła. Noc była pochmurna, boisko nieoświetlone, podobnie jak okna szkoły. I na dworze, i pod wojskowym brezentem było tak czarno, jak tylko czarno w Bieszczadach być może.

    I jak tu polewać na ślepo? Małpa nie gapa, sobie poradzi. Opracowaliśmy autorski system, genialny w swej prostocie, bazujący na innych dostępnych zmysłach: słuchu i dotyku. Otóż po wymacaniu otworu butelki i krawędzi kieliszka należało je zetknąć, delikatnie przechylić butelkę i w absolutnej ciszy wsłuchać się w bulgot, który wydawało napełniane naczynko. W odpowiednim momencie, gdy dźwięk dopełzał do końca pierwszej oktawy, należało przerwać zabieg. Tytułem kontroli trzeba było jeszcze wsadzić paluch do kieliszka, by sprawdzić, czy lustro cieczy znajduje się w odpowiedniej odległości od krawędzi kieliszka. Trzeba przyznać, że w praktyce system okazał się daleki od doskonałości. Ileż bezcennej żytniej wsiąkło naonczas w nasze śpiwory i znękaną bieszczadzką ziemię…

    I to chyba wszystkie obrazy, które zostały w pamięci z tamtego pobytu. Może jeszcze mało zachęcająca scena z heroicznej walki o miejsce stojące w pekaesie z Cisnej do Rzeszowa. I kolejna batalia o prawo do zabrania z sobą plecaka.

    Czytam opis od początku i jakoś tak wynika zeń, że myśmy tam w zasadzie nie trzeźwieli… Ale to nie tak. Owszem, nikt za kołnierz nie wylewał, ale nie pamiętam, żeby ktoś się urżnął czy wyprawiał z tego powodu jakieś brewerie. Ba, nawet kaca wtedy chyba nikt nie miał! To wszystko przyszło znacznie później.

    Nie był to ani pierwszy, ani najciekawszy mój wyjazd w Bieszczady, ale najbardziej kojarzy mi się z bieszczadzką wolnością i „tamtymi czasami”. Jednym z symboli tej wolności stała się ta nieszczęsna półlitrówka, ale to raczej dlatego, że wtedy po raz pierwszy „można było”.

    Nadal nie rozumiem, jak nasza grupa była w stanie obyć się bez telefonów, nawigacji i innych gadżetów, na dodatek co chwilę rozdzielając się i ponownie spotykając.

    Nie pojmuję, dlaczego nasi rodzice zupełnie spokojnie przyjmowali deklaracje w rodzaju: „Jadę w Bieszczady… gdzieś tam… Wrócę za miesiąc… chyba... No dobrze, spróbuję zadzwonić… ale nie obiecuję.” A przecież niektórzy rodziciele znali Bieszczady wyłącznie ze szkolnej mapy fizycznej Polski, ewentualnie z „Ogniomistrza Kalenia”.

    Nie mieści mi się w głowie, że zakrzywialiśmy zasady arytmetyki i ekonomii, finansując ten miesięczny wypad z niedużego kieszonkowego czy jakiejś symbolicznej kasy zarobionej przy zbieraniu truskawek.

    Ale tak było
    Ostatnio edytowane przez Marcowy ; 23-11-2015 o 12:47 Powód: literówka

  5. #5
    Szkutawy
    Guest

    Domyślnie Odp: Bieszczadzkie okruchy

    No i takim sposobem pojawiła się " bieszczadzkość " Miło się czytało.
    '

  6. #6
    Bieszczadnik Awatar jank
    Na forum od
    10.2008
    Postów
    78

    Domyślnie Odp: Bieszczadzkie okruchy

    Mam nadzieję Marcowy wybaczy, że nieco nakruszę w Jego ogródku…

    Działo się sierpniem, lat temu 30. Przez ponad dwa tygodnie mieszkaliśmy (ca 50 dzieciaków, 12-15 lat) w wielkich namiotach na cmentarzu w Bóbrce n/Soliną.
    Tak, był to ogrodzony teren z przeznaczeniem na powiększenie sąsiadującego cmentarza). Obóz niestety miał charakter stacjonarny i niewiele z Bieszczadów udało się liznąć. Jednak…

    Któregoś pięknego poranka kadra ogłosiła alarm z pełnym ekwipunkiem i w drogę… w nieznane.

    Po godzinie intensywnego marszu, zaokrętowaliśmy się (nie był to jeszcze Tramp, może ktoś pamięta co pływało po Solinie w 1985 ?). Przez kilka godzin (jakoś długo to było na pewno) płynęliśmy, dając ulgę plecom objuczonym niewygodnymi plecakami.
    Nie pamiętam, gdzie dopłynęliśmy ale chyba musiały to być okolice Rajskiego.

    Poderwani z wygodnych ławek, wyrzuceni w piaszczystej zatoczce, wyposażeni w mapy i kompasy, dostaliśmy cel – dotrzeć na miejsce noclegu - do Zawoju.

    W pamięci jedynie okruchy…, bukowy las z długimi cieniami, niepewność czy nie pobłądzimy (kadrowi nie puszczali pary z gęby tylko szli za nami), przeprawa przez Wetlinkę, wreszcie cel…

    Tak cel. Tyle, że to co miała być dawna wieś, a tu nie ma nic, tylko trawa…

    Cudowna noc pod gwiazdami, gorąca mięta parzona w kociołkach nad ogniskiem. To chyba najważniejszy okruch, do dziś uwielbiam gorącą, słodką miętę, a wtedy to był ten pierwszy raz…

    Następnego dnia był powrót, gorąco, droga się dłuży niemiłosiernie… przez Terkę, Wołkowyję, Polańczyk, zaporę.

    Uśmiechnięte gęby tych, którzy zostali w tyle ale złapali podwózkę na stopa…

    Ale tak było

  7. #7
    Administrator Awatar Marcowy
    Na forum od
    09.1998
    Rodem z
    Zacisze
    Postów
    2,525

    Domyślnie Odp: Bieszczadzkie okruchy

    Wielkie dzięki, Jasiu. Wspólne kruszenie miłe widziane

  8. #8
    Forumowicz Roku 2016
    Kronikarz Roku 2016
    Forumowicz Roku 2014
    Forumowicz Roku 2013
    Ekspert Roku 2012
    Awatar Wojtek Pysz
    Na forum od
    02.2008
    Rodem z
    Jarosław
    Postów
    1,808

    Domyślnie Odp: Bieszczadzkie okruchy

    Marcowy, czy Ty kiedyś pisałeś książki?

  9. #9
    Forumowicz Roku 2012
    Forumowicz Roku 2011
    Forumowicz Roku 2010
    Awatar don Enrico
    Na forum od
    05.2009
    Rodem z
    Rzeszów
    Postów
    4,092

    Domyślnie Odp: Bieszczadzkie okruchy

    Hej Marcowy !
    Poczułem się młodszy o .... wiele lat.
    Dzięki.

  10. #10
    Forumowicz Roku 2015
    Debiutant Roku 2013
    Awatar Jimi
    Na forum od
    03.2010
    Rodem z
    Rzesza
    Postów
    1,400

    Domyślnie Odp: Bieszczadzkie okruchy

    Dzięki Marcowy! Ja także przypomniałam sobie swój pierwszy, dobrowolny (bo wycieczki szkolne to się nie liczy) raz w Bieszczadach! Atmosfera pierwszego podmuchu wolności była bardzo podobna. Był 2005 rok. Od dwóch miesięcy byłam już pełnoletnia, więc w końcu, po raz pierwszy mogłam pojechać na niezorganizowany wyjazd z koleżankami (za dzieciaka co roku jeździłam na zorganizowane obozy namiotowe ale tu się było "pod opieką"). Wzięłyśmy szkolne plecaki, jakiś śpiwór i w letni słoneczny ranek umówiłyśmy się pod moim liceum, znajdującym się przy "wylotówce" ze Stalowej Woli. Umówiłyśmy się we trzy -Żaneta, Aśka i ja. Na miejsce spotkania przyszły wszystkie, jednak Żaneta zakomunikowała, że nie może jechać. I co teraz? To przecież ona była "znawczynią" jazdy autostopem, którym podróżowała już nawet kilka razy. Aśkę znałam trochę mniej. Zapytałam jej nieśmiało -czy jechała kiedyś autostopem? Odpowiedziała, że jeden raz. No to damy radę! Żaneta pokazała nam szablonowo "jak to się robi" i poszła do domu. Aśka miała nawet samochodową mapę Polski, czyli przygotowała się dobrze, w przeciwieństwie do mnie. To był mój prawdziwy pierwszy raz w Bieszczadach. Pierwszy raz autostopem. Ze Stalowej Woli do Cisnej! Spałyśmy cały czas na sianie w stodole, którą udostępniał turystom Paweł z Cisnej. Po kilku dniach dojechali do nas koledzy ze Stalowej. Oczywiście też autostopem. Oczywiście też spali z nami w stodole. Właściwie oni nam ją polecili. 5 zł za noc -pamiętam to do dziś. I trwały właśnie Bieszczadzkie Anioły. I Siekierezada była wtedy nasza. Zostaliśmy tak długo, na ile wystarczyło nam pieniędzy. Pamiętam jak dziś -gdy ostatnie dni jadłyśmy kanapki z ogórkiem z keczupem -byleby tylko starczyło na kolejny nocleg i zabawę w Siekierce! Pieniążki oczywiście miałyśmy zarobione ze zbierania jagód w Stalowowolskich lasach -często zbierałyśmy na skup jagody z Aśką i Żanetą. A potem za rok to samo i tak dalej. Pewnego razu wpadłam na pomysł, że nie trzeba czekać całego roku, by można było jechać w Bieszczady. Nawet bez Aśki też można. Zawsze w Bieszczadach nocleg był albo w namiocie albo w stodole. Dopiero w 2010 roku zaczęłam zaglądać do schronisk a właściwie prawie od razu -od strony bufetu.

    Marcowy -Wojtek ma rację! Piszesz tak barwnym językiem stworzonym "pod książkę"!
    Ostatnio edytowane przez Jimi ; 21-11-2015 o 23:25
    "Wędrujemy zarośniętą dzikim zielskiem drogą..." W.P.

Informacje o wątku

Użytkownicy przeglądający ten wątek

Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)

Podobne wątki

  1. Limeryki bieszczadzkie
    Przez Piskal w dziale Poezja i proza Bieszczadu...
    Odpowiedzi: 45
    Ostatni post / autor: 10-07-2010, 18:58
  2. Aleksander Sołżenicyn – Okruchy.
    Przez Gryf w dziale Poezja i proza Bieszczadu...
    Odpowiedzi: 0
    Ostatni post / autor: 13-11-2006, 16:54
  3. Czasopisma bieszczadzkie
    Przez yorick w dziale Dyskusje o Bieszczadach
    Odpowiedzi: 8
    Ostatni post / autor: 08-11-2005, 19:01
  4. Bieszczadzkie...
    Przez Ewa_natta w dziale Bieszczady praktycznie
    Odpowiedzi: 68
    Ostatni post / autor: 03-09-2004, 19:13

Zakładki

Zakładki

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •