Zasiedziałem się trochę na schodach cerkwi, nie wiedziałem, że slawek71 przyjdzie dopiero za dwa dni!Ale w końcu trzeba było się ruszyć.
Na początku czekała mnie przeszkoda wodna, ale uważałem pilnie na szkoleniach sir Nadchaszczownika i udało mi się ją pokonać bez strat własnych.
A potem spokojne, łagodne podejście na naprzeciwpołożną stronę doliny.
Jeszcze rzut oka za plecy...
i po raz ostatni tego dnia (tak przynajmniej planowałem) dałem nura w las.
Minąłem Żer-denkę, minąłem Żer-nicę, każdy kto zaglądnie na mapę z pewnością już się domyślił dokąd szedłem. Jeszcze ostatni las, jeszcze dwie mylne ścieżki i już, już gdzieś między drzewami zaczęły przebijać domostwa. I nagle w ten sielski krajobraz wdarł się dysonans: odgłos pracy silnika. Już się miałem zdenerwować, ale między gałęziami ujrzałem...
Czy to naprawdę on? Dawno już go w lesie nie widziałem, więc musiałem sprawdzić! A trzeba Wam wiedzieć, że jego podchodzenie wymaga wyjątkowej wytrwałości i ostrożności. Ze dwa razy już wydawało się, że go spłoszyłem, ale powolutku, powolutku minąłem go jakimś wykrotem, szybko przeskoczyłem łączkę, a że wiatr mi sprzyjał w końcu udało mi się z nim stanąć prawie maska w maskę!
Tak, to był on, ЗиЛ! Zdaje się, że ЗиЛ-131, ale to już detalA żeby nie było mało to kilkaset metrów dalej stał kolejny weteran bieszczadzkich lasów, tym razem Star-66.
Z radości, że tak miło kończył mi się dzień wlazłem jeszcze na jedną, ostatnią już górkę.
Sturlałem się stamtąd w dół (bo do góry nie potrafię) i prawie dokładnie o zachodzie słońca stanąłem pod baligrodzkim czołgiem.
Cóż za monstrualny koniec dnia![]()
Ostatnio edytowane przez bartolomeo ; 03-12-2015 o 17:58 Powód: babol
Gratulacje za upolowanie takiego "dużego zwierza"
Liczę na to, że tej zimy Bartek dopiero się rozkręca :)) i wraz z postępującym stopniem rozbielenia krajobrazu znajdzie też sposób na turlanie pod górkę![]()
Ano, rozkręciłem się na dobre następnego dnia, bo przewracałem się nawet na płaskim. Pod górę jeszcze się nie turlałem, ale płaskie to jednak postęp w stosunku do turlania się w dół
Ale zanim wyczyniałem harce na płaskim musiałem gdzieś przenocować. Niestety Baligród mi odmówił... Trzeba było się posilić (akurat z tym nie było problemów), zaopatrzyć w wiktuały na następny dzień wędrówki (zgadliście, kupiłem dwie buły) i z pomocą niezawodnego PKS (który nie wiem jak się obecnie nazywa, bo po Veolii i Arrivie już straciłem rozeznanie) przegrupowałem się do Jabłonek. Po ciemku pomerdały mi się przystanki i wysiadłem dopiero przy odejściu czarnego szlaku na Łopiennik, przeparadowałem jeszcze więc przez całą wieś i lekko przed 18oo w końcu mogłem rozpakować plecak, zdjąć polar i buty... I zaraz założyć polar z powrotem, bo upału w schronisku nie byłoTylko żeby ktoś nie pomyślał, że było zimno - było akuratnie, spało mi się tam wyśmienicie!
Co prawda plan przejścia na piechotę z Hoczwi do Cisnej mi się posypał, ale miałem całą noc przed sobą aby wymyślić plan rezerwowy. Łopiennik? Wielki Dział? A może plątanie się w okolicach Baligrodu? Niestety nie zdążyłem podjąć wieczorem decyzji, bo... zasnąłem. I jak się już rzekło spałem dobrze. Dobrze i długo![]()
Zależy jak na to patrzeć. Choćby zasadnicze pytanie "w kilometrach" czy "w godzinach" wymaga od razu uzupełnienia "a w jakich warunkach?". A warunki w sobotę były diametralnie inne: było lekko powyżej zera i padał deszcz. Chwilami dość intensywnie. Kto chodził w takich warunkach po śniegu wie, że przemoczenie butów jest tylko kwestią czasu.
Wyjścia jednak nie było, jakoś do tej Cisnej dostać się musiałem. Długo się wahałem (mniej więc przez czas potrzebny na zjedzenie... buły) i postanowiłem wędrować przez Łopiennik omijając jednak stokówką Woronikówkę. Ślisko było, rzekłbym nawet, że nawet jak na Bieszczady wyjątkowo ślisko.
Woronikówkę zobaczyłem tego dnia jedynie od wschodu...
a jak wszedłem na grzbiet pasma Durnej i Łopiennika to szedłem, szedłem i szedłem. A deszcz padał. Były momenty, że trudno się było utrzymać na nogach nawet na płaskich odcinkach a poza upadkami (nie było ich tego dnia mało) wędrówkę urozmaicały mi jedynie... zwierzęta. Może przez mgłę było trochę skołowane i wybiegały czasem na ścieżkę prosto pod nogi?
A może ten padający deszcz zagłuszał moje kroki, dzięki czemu mogłem podejść całkiem blisko nie płosząc zwierzyny?
Nie wiem, ale nie bardzo mnie to martwiło, skoro spotkań z sarnami i jeleniami miałem tego dnia tak dużo i z tak niewielkiej odległości, że na podobne atrakcje długo będę chyba musiał czekać.
Ostatnio edytowane przez bartolomeo ; 04-12-2015 o 21:26 Powód: Drobiazg
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)