A jak tam będzie w schronisku Chatka Puchatka ? czy też będzie takie jak we wspomnieniach ?
Docieramy na miejsce ok 22-giej. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Nikogo nie ma ?
Jedyny ślad ludzi, to jedzenie na stołach w jadalnym. Zasiadamy więc do zasłużonej kolacji po tak wyczerpującym podejściu. Jest trochę chłodno, bo widać że kominek nie był dzisiaj używany.
Próba rozpalenia nie wchodzi w rachubę bo kominek jest zamknięty specjalnym zamkiem. Gdyby wędrowiec chciał się ogrzać, albo nie daj Bóg wysuszyć buty będzie rozczarowany.
.

.
Odzywają się wspomnienia gdy kilkanaście lat temu zimową porą błądziliśmy po Wetlińskiej, nie było wtedy tyczek, ani przetartego śladu, ale za to było serdeczne przyjęcie przez Lutka.
Tamte czasy odeszły do lamusa, dzisiaj nikt nas nie potrzebował.
Chociaż nie do końca, co okazało się rankiem gdy pojawił się "rezydent" oczekując od nas dokumentów i 25,- zeta za osobę.
Nie zapytał , czy chcemy wrzątku, nie zapytał skąd i dokąd idziemy, nie zapytał czy czegoś nam nie potrzeba. Objaśnił co jemu jest potrzebne
Opuszczaliśmy to magiczne miejsce ze świadomością , że legenda rozmieniła się na drobne.
A że los schroniska jest niepewny, więc pozostało tylko zrobić zdjęcie do kroniki.
.

.
Dzisiaj wyznaczyliśmy sobie klasyczną traskę biegnącą w stronę Przełęczy Orłowicza. Szlak (o dziwo !) był przetarty więc 20-centymetrowa warstwa śniegu nie byłą uciążliwa.
Widoczność marna , ale wokół prawdziwa zima, która roślinkom przydaje uroku.
.

.
Wokół krzewy i trawy nabrały nowych magicznych kształtów , co trzeba był o uwiecznić
.

.
Dla wygody turystów porobione zostały podejścia i poręcze , aby nie musieli się zbytnio trudzić, tak jak tu przed Osadzkim Wierchem
.

.
Owszem miejscami troszkę wiało , ale nie miałem aparatu pomiarowego , aby stwierdzić jak mocno.
Dało rade utrzymać się na grani.
Tu krótki filmik z wiatrem w tle.
.