Parę minut po 6 rano znalazłem się w Lutowiskach. O 6:25 jedzie stąd autobus do Wołosatego. Zabiera stamtąd dzieci do szkoły. Kolejne dzieci wsiadają w Ustrzykach Górnych, Pszczelinach, Stuposianach, Smolniku. Bo szkoła w Lutowiskach, to chyba ostatnia czynna szkoła w okolicy. Inne autobusy zwiozą tu dzieci z Nasicznego, Zatwarnicy, Chmiela, Dwernika.
Autobus przyjechał o 6:35 i był od początku do końca zupełnie pusty. Mogłem więc wybrać sobie dowolne z 36 miejsc siedzących lub 18 stojących. Autobus dowiózł mnie do zupełnie pustych o tej porze Ustrzyk Górnych i wysadził przy moście na Wołosatym.



Potuptałem na pusty parking w pobliżu Kremenarosa. Zostawiłem plecak przy budce parkingowego i poszedłem na krótki spacer, by rozejrzeć się po okolicy, w szczególności zapoznać się z miejscowymi wiadomościami nasłupnymi.



A z wiadomościami zapoznać się warto. Po przeczytaniu tej widziałem już, że będę mógł płoszyć tylko bezkręgowce. Czyli popłoszyć mogę sobie przykładowo jakiegoś owada, pajęczaka lub mięczaka Bo kręgowca mogę spłoszyć tylko nieumyślnie.



Ciekawsze było kolejne ogłoszenie.



Pierwsza myśl była taka: trudno, będę musiał iść nieczynnym szlakiem. Jeździłem zamkniętymi szlakami rowerowymi, to przejdę się nieczynnym pieszym.



Bo umyśliłem sobie, że oprócz sprawdzenia, czy we wtorek po sezonie ze schroniska zszedł ostatni gość, sprawdzę także, czy we wtorek chodzi ktoś po połoninach. Okazało się, że przejście Połoniną Caryńską nie będzie dzisiaj całkiem proste, bo oprócz nieczynnego szlaku spotkałem także nieistniejący mostek. A płynie sobie tutaj całkiem szeroka Rzeczyca, z wodą po kolana i krą na powierzchni.



Wycofałem się znów na parking, tym razem w pobliże zamkniętej budki parkowej. Plecak na ławkę, mapa w rękę, główka pracuje! I wtedy nadjechał On. Białym, prywatnym Citroenem z rejestracją przemyską.
Dzień dobry, dzień dobry. Niestety, nieczynny szlak. Niestety, ale ja tam muszę. Ciężko będzie, woda zimna. Nie szkodzi, mam sandały. Może pana na Wyżniańską ktoś podwiezie? Kto, żadnych samochodów tu dzisiaj nie widać. To niech pan zaczeka, ja pana podwiozę.
Zaczekałem. Sympatyczny pan Goprowiec poszedł nad rzeczkę, sprawdzić, czy w pobliżu nieistniejącej kładki nie koczują jacyś schodzący z Caryńskiej nieszczęśnicy. Bo wczoraj wieczorem zeszła tu wycieczka szkolna i zadzwoniła po pomoc w przeprawie. A kładkę zerwała duża kra w ubiegłym tygodniu. Podobno na stronie internetowej BdPN jest nawet ogłoszenie. No cóż, nie przywykłem do czytania obwieszczeń internetowych przed wybraniem się w góry, to mam za swoje
Myślałem, że kierowca jedzie gdzieś dalej, w stronę Wetliny i zabierze mnie po drodze. Okazało się, że wyjechał na przełęcz tylko po to, by mnie zawieźć, nawrócił i pomknął w dół. O przyjęciu jakiejś zapłaty nie chciał nawet słyszeć. Stwierdziłem więc, że odrobię to dla innych potrzebujących, a wyświadczone dobro zawsze powraca różnymi drogami.
Rozgadałem się okropnie, więc kończę już. Jeśli – czytając wzmiankę o pomocy GOPR – spodziewał się czytelnik jakichś sensacyjnych momentów, to muszę go rozczarować. Z momentami to by było na tyle
Stoję sobie na przełęczy i myślę: zakładać, czy nosić? Na razie poniosłem.