Po przejściu najwyższego wierzchołka Caryńskiej (1297) zszedłem na jakąś przełączkę. Stała tu zaśnieżona tabliczka informacyjna. Pewnie z napisem, żeby nie zbaczać ze szlaku. Szedłem dalej grzbietem, gapiąc się na zbliżający się coraz bardziej cel dzisiejszej wędrówki.



Takie gapienie się w dal nie zawsze jest pożyteczne. Przez to zapatrzenie wpadłem ze dwa razy w jakieś jamy, z których wygrzebywałem się po parę minut. Ale wciąż się gapiłem. Bardziej realistycznie spojrzałem na świat dopiero wtedy, gdy zauważyłem, że wlazłem na kolejny wierzchołek Caryńskiej, zszedłem z niego na zachód i za chwilę zejdę w dolinę Prowczy, prawie dwa kilometry na północ od parkingu w Berehach. A tam jest najpierw potok a potem droga! W dodatku, to zejście to albo zakrzaczony las, albo dolina potoku z połamanymi drzewami.



Limit pomocy GOPR-u mam na najbliższe kilkadziesiąt lat wyczerpany, więc obszernym łukiem wróciłem do szlaku. Było to tylko ok. 1 kilometra, ale spacer w zasypanych miękkim śniegiem borówkach po kolana, zajął mi prawie godzinę.



Jak nie lubię chodzić szlakami, tak teraz ucieszyłem się, widząc na drzewie ten znaczek



Na pożegnanie z Połoniną Caryńską zjadłem obiadek w deszczochronie nad Berehami. I było to zupełnie legalne, bo choć nie było deszczu, regulamin dopuszcza również spożywanie tutaj posiłków;-)