Gdy się idzie tak przed siebie, i niekoniecznie musi dojść tam, gdzie się chce dojść, można sobie pozwolić na komfort gapienia się i niepatrzenia na mapę w ogóle;-) Trochę gorzej, gdy się trafi na las z przeszkodami albo wodęniedoprzebyciasuchąstopą.
Żeby wyjaśnić niezgodności w zeznaniach: Prowcza i Nasiczniański to ten sam potok. A jeszcze niżej mówią na niego Dwernik.
Ja odzyskałem czujność na widok zwartej ściany lasu przed sobą i głębokiej doliny pod nią. Bo na szczęście nie miałem mgliście.

Na grzebiecie Połoniny Caryńskiej nie spotkałem ani jednego człowieka, nie było też żadnych śladów. Na parkingu w Berehach stały trzy samochody bez pasażerów, co dawało nadzieję, że szlak na Połoninę Wetlińską będzie choć trochę przedeptany. I rzeczywiście był. Trzy schodzące grupki rodzinne spotkałem po drodze. I jedną grupkę długodystansową, która na noc chciała dojść pod Rawkę. Widząc moje lekkie zaniepokojenie, uspokoili mnie, że drogą.

Podstawowy aparat po nurkowaniu w śniegu trochę przymarzł. Okazuje się, że telefonem komórkowym też się da zrobić zdjęcie. Widok na wschód. Zdradziecki grzbiecik Połoniny Caryńskiej, zwany Kińczykiem, który chciał mnie ściągnąć na manowce. A Henia ściągnął.



Widok na zachód – tuż przed swoim zachodem, słońce pojawiło się przez kilka chwil w małej dziurce w chmurach.



To zdjęcie już było na początku. Na wschodzie - księżyc obejmuje dyżur nad Caryńską, na zachodzie - słońce już się schowało.
Stąd do schroniska niedaleko.