I tak we wtorek wieczorem (po sezonie) dotarłem do schroniska na Połoninie Wetlińskiej.

Zdjęć ze schroniska nie będzie. Opisu też nie. Jakie jest schronisko, każdy widzi. Ostatnio obszernie opisał je Henio. Przy okazji używając nietolerowanej przeze mnie nazwy „Ch.P.”, która to nazwa kojarzy mi się raczej z nazwą kilkudziesięciu przedszkoli publicznych i niepublicznych w każdym większym polskim mieście.
A opisał tutaj: http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php/9152-Szukaj%C4%85c-w%C5%82asnych-%C5%9Blad%C3%B3w-173?p=164086&viewfull=1#post164086

Potwierdzam tylko, że żeliwny piecyk jest tradycyjnie zamknięty na patentowy zamek.
Zgodnie z przewidywaniem – we wtorek wieczorem nikogo w schronisku nie było. Zjawił się natomiast na chwilę młody wicegospodarz. Akurat wtedy, gdy zgłaszałem u żony szczęśliwe przybycie na miejsce. Wszedł akurat w chwili, gdy odpowiadałem na pytanie, czy jest ciepło. Zgodnie z prawdą, odpowiedziałem, że ciepło, to przesada, ale nie wieje i za kołnierz nie sypie, więc jest nieźle. Wtedy wicegospodarz spojrzał na moje buty, suszące się nad zimnym piecem i zaproponował, że zabierze je do siebie do ciepłego. Obiecał też otworzyć służbową ubikację, bym nie musiał iść w nocy na grzbiet. Buty zabrał. Ubikacji nie otworzył. Na grzbiet i tak musiałem pójść, ale w końcu miałem jeszcze sandały;-)

Rano umówiliśmy się na 6:00 na odbiór butów. O 6:30 w schronisku nadal panowała cisza (oprócz wyjącego za oknem wiatru). Nie chcąc gospodarza budzić, do WC znowu poszedłem w sandałkach. W końcu zapukałem, bo buty jednak chciałem zabrać ze sobą na dół. Chyba już nie spał, bo błyskawicznie zjawił się z butami w ręku. Dostałem też klucz od ubikacji. Nie skorzystałem jednak z niej, bo nie wiedziałem, jak się spłukuje muszlę lodem z wiaderka, a brudnej po sobie nie chciałem zostawiać.

Tak wymyślam różne niby-dziwne rzeczy, ale z pobytu byłem zadowolony, nawet bardzo.
Parę razy już próbowałem złapać na Wtlińskiej wtorek po sezonie, ale dopiero teraz mi się udało.
Zupełna pustka. Gospodarz poszedł spać, wyłączając przy okazji światło. Wiatr sobie wył, jakieś konstrukcje na zewnątrz skrzypiały i dudniły. Ale był w tym wyciu i huku jakiś dziwny spokój i niezachwiana pewność, że kamienna budowla wszystko wytrzyma.
Koniec opowieści o schronisku.