Cytat Zamieszczone przez maciejka Zobacz posta
I też wiem, że z jeszcze większym szczęściem będę za parę dni ściskać metalowy kubek - może z herbatką z termosu, może ze śniegu i palnika, może wcinając zupkę i tuptając, co by nogi nie odpadły z zimna.
Tuptanie za parę dni może być, niestety, w małozimowych warunkach. Tak mówią prognozy. Ale myślę, że parę metrów kwadratowych głębokiego śniegu gdzieś się znajdzie;-)

Opowiadam dalej o moim wtorku. A dzisiaj, to już o środzie.

Do Chaty Socjologa dotarłem już po zmroku. W środę, w schronisku, po sezonie, przywitały mnie dwie osoby pełniące funkcje gospodarzy i dwa psy. Jeden pies chatkowy, drugi osobisty gospodarza. Czwórka żywych stworzeń na jednego turystę. W kominku płonął ogień. Załapałem się na gorący rosół i kopytka z boczkiem. Nocleg kosztował 15 zł. Pies chatkowy cały czas chciał się bawić w patysie. Co to są patysie, opowiem innym razem.



Nocleg mogłem sobie wybrać w dowolnym miejscu. Na parterze w sali kominkowej, na piętrze lub na najwyższym poddaszu. Wieczorem przyszedł drugi wędrowiec. Po 20-tej opuściłem kominkowe ciepło i poszedłem spać na piętro. W pomieszczeniu było 4 st. C, tyle samo, co na Wetlińskiej.

Wieczorem umawialiśmy się wstępnie na jutro, na akcję cięcia i ściągania drewna opałowego z lasu. Gdy rano wstałem, zjadłem śniadanie i spakowałem się, w chacie panowała głucha cisza, wszyscy jeszcze spali. Nawet pies nie ruszył się z łóżka. Na tym łóżku ja też miałem szansę spać, gdybym je wczoraj wybrał.



Zostawiłem na stole karteczkę z podziękowaniem za gościnę i obietnicą, że pomoc przy drewnie odrobię przy następnym pobycie. Czas ruszać w drogę powrotną.



Schodzę do Lutowisk. Mam do przejścia tylko niecałe dwie godziny drogi. Ale jaki to problem zrobić z tego 4 godziny? Dla mnie żaden
Nie poszedłem szlakiem w dół, lecz drogą w górę, na Trohaniec. Tu stracę pierwszą godzinę.


Krzyż drewniany pod Trohańcem z inskrypcją, poświęconą żołnierzom poległym podczas I wojny światowej.


Wychodzę na szczyt Trohańca. Podobno jest to nazwa nieprawidłowa, ale bardziej mi się podoba, niż (podobno) prawidłowy Wysoki Wierch.


Mijam wierzchołek i po jakichś starych śladach schodzę na dół. Widząc słońce z lewej strony (wylazło na chwilę), dochodzę do wniosku, że wkrótce znajdę się w Dwerniczku. No to po swoich śladach – z powrotem.


Zdobyłem dzisiaj Trohaniec dwa razy, podchodząc nań z północy i z południa (słupek wyższy - po lewej).


By iść tam, gdzie ja chciałem pójść, trzeba było ze szczytu wrócić do krzyża, a nie leźć po cudzych śladach i żółtych znaczkach! Ale za to kolejne pół godzinki do czasu przejścia (na plus) znów nadrobiłem.


Ktoś kilka dni temu pisał na forum o fałszywym alarmie nadanym z Trohańca za pomocą smartfonu i aplikacji „Ratunek”:
http://forum.bieszczady.info.pl/show...l=1#post164762
Na Trohańcu byłem właśnie w czwartek, 21 stycznia. Ale to nie ja wzywałem pomocy! Jak wspomniałem na początku opowiadania, limit korzystania z pomocy GOPR-u mam na najbliższe kilkadziesiąt lat wykorzystany. Dodatkowo, telefon w górach włączam tylko raz dziennie, wieczorem, by dać żonie znać, że żyję/nie żyję. I nie znam aplikacji „Ratunek”.

Idąc w stronę Lutowisk, w końcu, chcąc-nie chcąc trafia się na zielony szlak. Tu już jestem prawie nad Lutowiskami. Szlak skręca w prawo, by dojść do drogi w okolicy szkoły. A ja zostawiłem samochód koło kościoła, pójdę więc prosto przez pola, będzie bliżej i szybciej.


Okazało się, że te pola nie są - jak to z daleka wyglądało - jednolitą płaszczyzną, dochodząca wprost do drogi i kościoła. Miedzy mną a drogą pojawiła się znienacka głęboka dolina jakiegoś potoku, którą w miarę wygodnie da się przejść tylko w jednym miejscu. Na tym skrócie dodałem do czasu przejścia kolejne 15 minut.


I tak po czterech godzinach znalazłem się na parkingu obok kościoła. Samochód stał w miejscu, w którym go pozostawiłem. Okolica była odśnieżona.


Koniec.