Kontynuując sprawę konsumpcji ryb, oczywiście że morskich a nie słodkowodnych, to obiecaliśmy sobie, że jemy je na okrągło. Żadnych tam obiadów w knajpach, swoje tylko i w hoteliku! Ewa z racji, że w ostatnich latach tutaj bywała, wie gdzie można je kupić z pierwszej ręki... wędzone mamy czasami nawet jeszcze ciepłe. Do tego jeszcze razowy chlebek i kapuchę kiszoną bez konserwantów. Może czasami jeszcze piwko, ale ono w zimie jakoś mniej chętnie jest przez nas pite.
Rybą objadamy się do zupełnej sytości. Chwilka odpoczynku i znowu idziemy na wieczorny spacer.
Na drugi dzień w miarę wcześnie wstajemy i po śniadaniu spacerek plażą w stronę Władysławowo na zasadzie „ile się da i powrót”. Jeszcze koło Jastrzębiej kilka osób widać, ale czym dalej to już jest „spacer dziką plażą”, żadnej żywej duszy, pomijam morskie ptactwo. Koło Rozewia widzimy na łódce wędkarzy a i jest jeden w oddali widoczny człowiek co stoi po pas w wodzie i łapie na spinera. Gdy zamiast zarysów widać konkretną jego postać widzimy po zgiętej wędce, że coś złapał i jak walczy z rybą. Mamy farta bo gdy już do niego dochodzimy to i on wyszedł na brzeg z rybą na haczyku. To rzadka dla wędkarza ryba, przez tą właśnie rybę rzeka Słupia stała się sławna a są okresy gdzie nad nią ściągają zastępy ludzi by tam się na nią zasadzić… i to nie tylko nasi rodacy.
Idziemy teraz po bardzo długim betonowym falochronie, mam nieodparte wrażenie, że idę po pustej trybunie na Placu Defilad. To ochrona przed morskim najeźdźcą, który nam kawałek po kawałku odbiera nasz ląd RP. Podczas całej naszej wędrówki po wybrzeżu widzimy jak Polska przegrywa cal po calu, jak ubywa plaż a w niektórych miejscach już ich nawet nie ma. Moja pamięć zachowała jeszcze obraz, że jeszcze kiedyś tam były.
Dochodzimy prawie do pierwszych zabudowań Władka i wyraźnie ze szczegółami widzimy wieżę Domu Rybaka. Postanawiamy wracać. Kola idzie dzielnie jak na staruszkę przystało i chyba już się przyzwyczaiła do ogólnego szumu i do, to zbliżających się do niej to oddalających się fal. Piaskownicę nadmorską też ogarnęła.
Leci nisko helikopter, macham do niego rękoma, pilot zauważył i odmachał, ot ludzkie gesty.
Kiedy wędrowaliśmy to wiatr wiał nam w plecy a teraz zachodni się mści i smaga nas ze zdwojoną siłą by sobie nadrobić. Z oczu łzy lecą, z nosa kapie, w ruch idą chusteczki higieniczne a i Koli to mniej się też podoba. Na szczęście wiedzieliśmy jak się ubrać i lodowaty wiatr tylko po mordach nam daje. Może się należy?
Dla Koli wychodzimy z plaży wejściem bez schodków, taką drogą niczym kanałem, klifem pod ściętym kątem. Wejście w ten półotwarty tunel wyłącza szum wiatru a z czasem też i szum fal. Jest chłodno, ale już nie wieje. Kola teraz pozwala sobie w krzakach siknąć… bo w kuwetę niech se głupie koty sikają.


DSC00296.jpgDSC00298.jpgDSC00299.jpgDSC00300.jpgDSC00301.jpgDSC00303.jpgDSC00304.jpgDSC00306.jpgDSC00307.jpg

CDN