Wieczorkiem, ponowny spacer. Tym razem ja ciągnę w stronę wsi Tupadły, aby wydobyć swoje wspomnienia i porównać z poczynionymi zmianami urbanistycznymi. Przechodzimy obok zajezdni PKS, kiedyś obok była najlepsza smażalnia ryb, kiedyś, bo teraz widać postępujący jej upadek. Teraz dalej drogą, teraz to już ulica Pucka z chodnikiem jak się patrzy. Mijamy piekarnię, gdzie kiedyś skoro świt kupowałem gorący chleb prosto z łopaty piekarskiej. Dochodzimy wreszcie do starego parterowego domu, ale już nie pasującego do pięknego otoczenia, to w nim kilka sezonów mieszkałem. Dom był kiedyś ostatnim domem w Jastrzębiej z tej strony a teraz miejscowość dosłownie łączy się z Tupadłami. Stoję przy płocie, Ewa poszła z Kolą dalej, zastanawiam się czy żyje jeszcze ówczesny samotny właściciel. Chwilę stoję, walcząc z rozterką czy zapukać. Niczym myślami otwieram drzwi, gdy nagle się one uchylają i wygląda mały chłopiec. Po krótkiej rozmowie wygląda też jego mama. Rozmawiamy, ja wspominam… ale najważniejsze są jej słowa… niestety wujek kilkanaście lat temu zmarł.
Wracamy Drogą Rybacką w stronę morza, kiedyś to droga polna w środkowej części z betoników a tuż przy drodze przelotowej dopiero był kawałek asfaltu. Teraz to wyeksponowana ulica, po której w okresie letnim hula kasa a nie wiatr niosący piach. Noc szybko zapada. Żadnej żywej istoty, już nawet nie mówię o ludziach. Gdzieniegdzie zapalają się światła w domach.
Naokoło wymarłe miasteczko, czasami przemknie jakiś samochód. Mijamy jeszcze czynną ciastkarnię i otwartą knajpkę… w obydwu lokalach jest pusto. Hotelik mamy w samym centrum więc idziemy główna drogą oświetloną lampami. Gdyby padało a przecież nie pada, można by bez skrępowania na całe gardło śpiewać przebój Franka Sinatry… sami w taką noc bez parasola
Piątkowy późny wieczór mija już w hoteliku.
Już rano, kiedy wyszedłem z Kolą, widać ciut większy ruch, ale tylko trochę. W Jastrzębiej zaczyna się week dla mieszkańców Trójmiasta. Nawet 2 samochody w noc dojechały pod hotelik. Sobotnie plany to jak zwykle plaża, tym razem idziemy w stronę Karwi. Schodzimy zejściem bez stopni.
Na dole już jest trochę ludzi, ale czym dalej w lewo tym mniej… jeszcze mniej… jeszcze mniej... aż jesteśmy sami. Dochodzimy do Ostrowa, do pierwszego kanału i wracamy. Kola czuje trudy wcześniejszych spacerów, zmagania się z piachem, z wiatrem, szumem fal i wyraźnie ma dość.
W hoteliku rybki, chwilka ogrzania się i znowu nad morze. Tym razem sami, piesek zostaje w swoich pieleszach.
DSC00308.jpgDSC00309.jpgDSC00311.jpgDSC00313.jpg



Odpowiedz z cytatem