Drugi dzień wyjazdu oparł się na trochę innym scenariuszu. Okazało się, że będzie mniej rowerem, a więcej krajoznawczo - turystycznie. Z jednej strony potrzebowałem materiału do relacji na forum rowerowe, a z drugiej chciałem pokazać kawałek Bieszczadów mojej dziewczynie, która choć urodziła się w Bieszczadach i całe życie w nich mieszka, to nigdy nie była w wielu miejscach.
Zatem wpakowałem rowery do auta i pojechaliśmy. Na parkingu, z którego w jedną stronę idzie się nad Sine Wiry, a w drugą do Łopienki, wypakowałem rowery i pojechaliśmy w te miejsca. Kilometrów było znacznie mniej niż w dniu poprzednim, ale było równie atrakcyjnie. Potem pojechaliśmy jeszcze nieco dalej, żeby odwiedzić kapliczkę i źródełko w Balnicy, gdzie Kasia też nigdy nie była.

W potokach wody jak na lekarstwo, od dawna nie padało. Lasy i połoniny od dawna nie widziały kropelki wody, a miejscowi nie pamiętają takiej suszy. W sinych wirach nie było nic z siności, a i wiru nie było też żadnego.

Trochę mnie tego dnia wytrzęsło na szutrowych, kamienistych drogach, ale jakoś dałem radę. Po odwiedzeniu Łopienki rowery trafiły do bagażnika i odbyły wycieczkę do Balnicy.




Po południu ochłodziło się, a niebo zasnuło się chmurami. Zapowiadało się na zmianę pogody. Po późnym obiedzie powtórzyłem wycieczkę do Wołosatego. Tego wieczoru teleskop się nie przydał. Spadł deszcz, początkowo ulewny, potem zelżał. Siąpiło do rana.