Odpowiedzi w prawdzie nie znałem, ale kontynuując, krótko, bo to już koniec:

Następny dzień miał być ostatnim z jazdą rowerem. W ramach pożegnania powtórzyłem trasę z pierwszego dnia. Jechałem znowu sam, więc pętlę przebyłem godzinę szybciej niż pierwszego dnia. Zrobiłem tylko więcej pamiątkowych zdjęć.




Resztę dnia spędziłem nad pobliskim potokiem, w którym ktoś ułożył z kamieni tamę. Dzięki temu, pomimo suszy utworzyło się miejsce w którym w najgłębszym miejscu był jakiś metr głębokości, co spokojnie wystarczyło, żeby się wykąpać, posiedzieć w wodzie. Tego dnia było upalnie, więc był to idealny sposób spędzania czasu.


Następnego dnia wróciłem do domu z postanowieniem, że wrócę na te trasy ze sprzętem przeznaczonym do jazdy w terenie.
Teraz w piwnicy czeka już nowy rower, z porządną amortyzacją i oponami jak balony, przygotowany do sezonu i jazdy po bieszczadzkich kamieniach i błocie.