Podczas poprzedniej wyprawy w ukraińskie Karpaty, podziwialiśmy z kuną bieszczadzką ze Strimby i z Połoniny Krasnej kusząco-nęcące kształty leżącej nieopodal Piszkoni:
Piszkonia1.jpg Piszkonia2.jpg
No i mnie wzięło! Ale żeby tylko mnie. Kunę też wzięło! Zaczęliśmy więc planować schadzkę z Piszkonią w pierwszym wolnym terminie. Na horyzoncie rysował się ostatni długi weekend maja. Podczas comiesięcznego spotkania klubu rzeszowskiego rzuciłem pytanie czy ktoś z obecnych nie chce do nas dołączyć i poharcować z Piszkonią? Wszyscy oprócz jednej osoby mieli już ustalone plany działań w tym okresie i nie dali się namówić na ich zmianę. Zgłosiła się Jimi, która zapamiętała z wcześniejszych rozmów z waderą, że Piszkonia przy bliższym kontakcie nie tylko powoduje szybsze tętno i wzmożone pocenie się, ale potrafi też ostro wysmagać kosodrzewinowymi witkami
Wcześniej nikt z nas bliżej się z nią nie zapoznał, więc tak wyklarowany skład grupy drżał z emocji w oczekiwaniu wyjazdu i pierwszego z Oną kontaktu. Wyjazd miał nastąpić późnym popołudniem w środę 25 maja, lecz z powodu różnych komplikacji zawodowych, upragnione zbliżenie wisiało na włosku. Na szczęście wieczorem w poniedziałek, dwie doby przed datą wyjazdu nadszedł sygnał, że jednak hurrra i wiwat, zielone światło i droga wolna!
Kilkadziesiąt następnych godzin minęło błyskawicznie – sprawunki, pakowanie, zbiórka i już pędzimy ku granicy!



Odpowiedz z cytatem