Na razie jednak ruszamy w trasę. Początkowe sześć kilometrów wędrujemy po torach Mocanity aż do końcowej stacji Comanu:
Stamtąd skręcamy w lewo (na północ) w jedną z bocznych dolinek (czasem trzeba przejść przez potok:),
po czym jeszcze raz w lewo w kierunku grzbietu oznaczonego na mapie rumuńskiej jako Culmea Comanu Mic. Po drodze mijamy szałasy obok jeszcze w tym roku nie użytkowanych polan:
Rodniany po raz pierwszy:
Na grzbiecie Comanu Mic odnajdujemy ścieżynę, która doprowadza nas do kolejnej polany „Preluca cu Tau” , czyli polany „ze stawem”, co też faktycznie zgadza się z mapą. Tam robimy sobie przerwę (na razie jeszcze wesoło:),
by po dłuższej chwili ruszyć przez las w kierunku szczytu Komanu na granicy RO/UA. Jednak już od początku coś tu się nie zgadza – wg mapy rumuńskiej ścieżka powinna prowadzić grzbietem doprowadzając do granicy; wg radzieckiej sztabówki natomiast ścieżka wiedzie wschodnim zboczem prowadząc na przełęcz między Komanem i Komanową. Tymczasem nasza ścieżyna skręca wyraźnie na zachód, doprowadzając po kilku minutach do jakiejś polany z szałasem. Nie mamy wyboru – trzeba się będzie przedzierać na szczyt bez żadnej drogi! Początkowo idzie nieźle – wspinamy się przez widny las i kolejną polanę. Jednak im bliżej grzbietu, tym więcej chaszczy – kosówki, jałowca i innej „zawalidrogi”. Przedzieramy się więc mozolnie, a szczytu jak nie ma, tak nie ma. Moi towarzysze zaczynają nawet powątpiewać w to, że Rumunia graniczy z Ukrainą. Na grzbiecie dochodzącym do Komana odkrywamy za to pozostałości z I wojny – świetnie zachowane okopy i bunkry!:
W końcu kosodrzewina robi się tak gęsta, że uniemożliwia dalszy marsz całkowicie. Zostawiam więc plecak i moją kompanie i ruszam na zwiady – okazuje się, ze granica jest i to całkiem blisko – trzeba tylko obejść potężny łan kosówki.
Po wejściu na przecinkę graniczną odpoczywamy dłuższą chwilę. Widok w kierunku Komanowej i Palenicy:
Jak się okazuje, to nie koniec kłopotów na dziś – przede wszystkim dla Jarka. Wpakował on bowiem niestety zakupione poprzedniego dnia mleko w kartonie do plecaka i efekt (który był zresztą do przewidzenia) jest taki, że ma wszystkie rzeczy w mleku.
Cóż, nie ma wyboru i po odpoczynku ruszamy dalej. Schodzimy najpierw na przełęcz pomiędzy Komanem i Komanową, a następnie wdrapujemy się dalej granicą w kierunku widocznych już z dala skał Baba (rum. Piatra Baltagului). Tam znów robimy krótką przerwę, którą wykorzystuję na obejście skałek, a ponieważ ich główna, większa część leży już po stronie ukraińskiej, robię to z duszą na ramieniu przypominając sobie o wczorajszym ostrzeżenie funkcjonariusza Politii de Frontiera o strzelających ukraińskich pogranicznikach... w pewnym momencie słyszę jakby krzyk, więc co prędzej wracam na rumuńską stronę.
Ponieważ jest już koło szóstej wieczór, ruszamy dalej przez wypłaszczenie grzbietowe Komanowej i na nocleg wybieramy miejsce w którym granica rumuńsko - ukraińska zagłębia się w dolinkę oddzielającą Komanową od Palenicy. Jest tam źródło, może niezbyt wydajne, ale to chyba sprawka jeszcze nie odtajałych do końca śniegów, a co za tym idzie zmarzniętej jeszcze ziemi. Woda jest żółtawa i niezbyt zachęcająca do spożycia; w ogóle miejsce to, zacisznie osłonięty kosówką początek potoku sprawia wrażenie wodopoju dzikich zwierząt – cóż, w razie czego w nocy będziemy okładać misie kijami. Ponieważ nikomu nie chce się już dalej iść rozkładamy namioty, przygotowujemy kolację i idziemy spać.
CDN



Odpowiedz z cytatem
Zakładki