Ponieważ na dzień następny zapowiadane są burze, budziki nastawiamy wyjątkowo na 6 rano (zazwyczaj wstajemy po siódmej). Ale – jak na złość – żaden z nich nie dzwoni i w efekcie zrywamy się na nogi dopiero za kwadrans ósma. Szybko pakujemy się i w drogę. Na razie widoczki są ładne (Rodniany po raz drugi):
Jednak im bliżej Hnitessy, tym coraz groźniejsze czarne chmury zbierają się nad nami. Hnitessa ma dwa wierzchołki – północny – wyższy – 1767 m npm i południowy – niższy – 1759 m npm. Warto także dodać, że wg najnowszej rumuńskiej mapy z serii „Muntii Nostri” południowy niższy wierzchołek nosi nazwę „Initeasa”. Przy wierzchołku północnym nieco poniżej szczytu po zachodniej stronie jest charakterystyczna skałka:
(to tak dla lepszej orientacji który wierzchołek jest który), oba zresztą wierzchołki są skaliste:
(na drugim zdjęciu zresztą Jarek tą skalistość wykorzystał i dodał sobie trochę wzrostu).
Nadciągająca burza nie daje nam za długo cieszyć się ze zdobycia tego mitycznego, najdalej na południe wysuniętego szczytu II RP, schodzimy więc w pośpiechu granicą w kierunku przełęczy oddzielającej Hnitessę od Kreczeli:
Na zejściu dopada nas burza – najpierw trochę wyładowań, potem grad, a na końcu sam deszcz. Burza na szczęście nie jest zbyt intensywna i po półgodzinnym wymuszonym postoju w krzakach ruszamy na dół:
W końcu dochodzimy do miejsca, gdzie przedwojenna granica polsko – rumuńska osiągała swój najbardziej na południe wysunięty punkt, skąd skręcała na północny-wschód w dolinę potoku Menczil. Miejsce to na mapach opisane jest przeważnie jako „Przełęcz Fata Banului”, ale jak słusznie zauważył Dariusz Czerniak w 2012 r na łamach „Płaju” nazwa „Fata” nie może dotyczyć przełęczy, bo po rumuńsku oznacza stok, natomiast drugi człon ”Banului” także nie jest prawidłowy – dostał się na mapy pdpd w wyniku przekręcenia nazwy właściwej, jaką powinna być „Boului” analogicznie jak nazwa potoku, który z tego miejsca spływa w dolinę Wazeru. Tak czy siak robimy sobie pamiątkowe zdjęcie w tym jakby nie było historycznym miejscu:
Ruszając w dalszą drogę próbujemy odnaleźć trawers Kreczeli, który powinien zaczynać się gdzieś na przeciwległym, północnym skraju polany. Znosi nas jednak trochę za bardzo na wschód i znów przedzierając się przez kosówkę odnajdujemy po pewnym czasie szukaną ścieżynę (muszę przyznać, że jeśli chodzi o mapy, to bezkonkurencyjna jest tu radziecka sztabówka w skali 1:50000 - tylko na niej bowiem prawidłowo zaznaczono miejsce, w którym ścieżka trawersująca Kreczelę opuszcza naszą polanę). Trawers ten to faktycznie wygodny płaj, na którym, mimo braku oznakowania raczej trudno się zgubić (no, chyba, że na kilku polanach, które dróżka ta przecina).
Z trawersu mamy jeszcze piękne widoki na naszą Hnitessę:
Ponieważ mamy zejść dzisiaj w kierunku Baia Borsy, musimy porzucić nasz płaj skręcając w prawo i dalej za znakami „czerwonego paska” podążać w kierunku szczytu o nazwie „Prislopu Cataramei”. Tak tez czynimy. Przy podejściu na w/w wierzchołek spotykamy jedynego dzikiego zwierza na tej wyprawie – naprzeciw nas wyrasta nagle olbrzymi kaban, ale szybko ucieka (nie ma więc zdjęcia – zazwyczaj „strach ma wielkie oczy” i wszystko, co dzikie jawi się olbrzymim, ale ten egzemplarz był na prawdę pokaźnych rozmiarów). Po chwili wyjaśnia się tez zagadka, kto nocuje w tak oddalonych od cywilizacji schroniskach jak Valea Babei, przy całkowitym braku przecież turystów pieszych – mija nas kawalkada złożona z dziesięciu chyba motorów crossowych, robiąc dużo hałasu i wyrywając z naszej drogi pełno błota...
Za szczytem Prislopu rozpoczynamy nużące długie (ale widokowe)
zmęczenie + Rodniany po raz trzeci:
Czywczyny:![]()



Odpowiedz z cytatem
Zakładki