Po przejechaniu krzyżówki z główniejszą drogą wjeżdżamy na kamienistą drogę która prowadzi w dół do wsi Żohatyń. Rowery radośnie podskakują na kamieniach nabierając coraz większej prędkości. Wraz z pierwszymi zabudowaniami pojawia się asfalt i rowery się uspokajają. Na jednym z budyneczków wisi napis , że tu jest sklep. To okazja na odpoczynek, sklep co prawda jest zamknięty, ale czarodziejski przycisk robi swoje bim-bam i wkrótce wychodzi pani z sąsiedniego domu.
Można spełniać swe marzenia o płynach i lodach kontemplując okolice z poziomu ławeczki.
Po tym relaksie droga poprowadzi nas do skrzyżowania gdzie znajdujemy zagubione oznaczenia trasy GreenVelo
.
.
Hura , znowu jesteśmy na udostępnionym szlaku. Jedziemy więc dalej , patrząc na mapę wiemy , że niedługo przyjdzie się nam rozstać z nim.
Przegapiliśmy boczną dróżkę która nas interesuje , ale zaraz wracamy do niej. Myk polegał na tym że dochodziła jako polna , ale już po 100 metrach pojawił się na niej asfalt. Ta dróżka biegnie doliną pomiędzy dwoma pasemkami wzniesień. Jest wąziutka , ale to nam nie przeszkadza, bo ruch pojazdów jest znikomy, a właściwie to go nie ma.
.
.
Kilka samochodów stało wciśniętych w pobocza, jak się okazało to grzybiarze ruszyli w penetrowanie lasu.
Tak więc nie niepokojeni przez nikogo docieramy do miejsca gdzie na przydrożnym placyku zaczyna się ścieżka przyrodnicza Kopaniny, ale nie idziemy na nią tylko wkraczamy znów na kamienistą drogę która stromo pnie się w stronę leśniczówki w Dylągowej.
Tu rezygnujemy z asfaltu biegnącego przez wieś i wybieramy szutrową drogę która okrąża całą wieś.
Na przydrożnym drzewie można zobaczyć oznaczenia niebieskiego szlaku , z którym nam wkrótce nie po drodze.
.
.
Nic to , jazda grzbietem kolejny raz pokazuje piękne podkarpackie krajobrazy.
.
.
Po okrążeniu całej wsi Dylagowej znów wpadamy na asfaltową drogę która zjeżdża do doliny Sanu, a zjazd jest dość długi i rozpędzamy maszyny do niebotycznych prędkości. To pewnie dlatego nie zauważyliśmy dzwonnicy parawanowej czyli pozostałości po dawnej cerkwi w Pawłokomie. To chyba w tym miejscu doszło do spotkania dwóch prezydentów Kaczyńskiego i Juszczenki, spotkania które zamiast pojednać zostawiło wiele kontrowersji.
Zatrzymujemy się dopiero przy kościele , więc oglądamy jego otoczenie i tablice pamiątkowe.
Teraz został nam ostatni odcinek wzdłuż Sanu powrót do Dynowa. Mały skrót okazał się wydłużeniem drogi a potem jeszcze jedna górka co spowodowała zwiększony oddech i zadyszkę, by w końcu dotrzeć na stację kolejową gdzie czekał na nas samochodzik. Załadowaliśmy do niego rowery i poszliśmy zobaczyć rozpoczynający się obok jarmark czyli imprezę o nazwie "Dni Dynowa" Fajnie, tyle ciekawych prowincjonalnych atrakcji.
Został rzut oka na licznik który wskazał przejechane 63 km co zajęło nam jedynie 7 godzin.
Pozostanie w pamięci zapis świetnej wycieczki, ot takiej sobie wycieczki.






Odpowiedz z cytatem
