Dziękuję Wojtku za wszelkie korekty i dogadywanie. Człowiekowi wydaje się, że najbliższe tereny dobrze zna, jednak warto czasem zerknąć na mapę...
Zapraszam na ciąg dalszy. Mam nadzieję, że obejdzie się bez błędów i nieścisłości nazewniczych

Dzień 3:
Zgodnie z prognozą, nowy dzień wita nas słońcem. Poranek jest chłodny, ale warunki do jazdy zapowiadają się obiecująco. Z Lutowisk wyruszamy w kierunku Smolnika. Podjazd na cerkiewne wzgórze chwilę trwa, gdyż droga o tej porze jest bardzo zatłoczona:
SAM_1474.jpg
Po obejrzeniu cerkwi skręcamy z głównej drogi w kierunku Zatwarnicy. Po drodze mijamy piękne kaskady na Sanie:
SAM_1483.jpg
Przy punkcie widokowym spotykamy sakwiarzy. Tzn. podróżników rowerowych, bo zamiast sakw mają po prostu sportowe torby. Jak się chce, to można. My mieliśmy m.in. sakwy z Lidla (54zł), które też dobrze się sprawdziły. Nawet mają pokrowce przeciwdeszczowe! Po drodze zaglądamy do cerkwi w Chmielu. Dosłownie zaglądamy, bo drzwi są otwarte. Co prawda dalej jest krata, ale zajrzeć można. Można też kupić wiele rożnych pamiątek - obrazki, aniołki, no i pocztówki. Przedsiębiorczy ksiądz opatrzył część z nich napisem: Ksiądz Bieszczad zaprasza w Bieszczady :) Dalej jedziemy do Sękowca. Kawałek za wsią, już na stokówce, spotykamy starszego, samotnego wędrowca. Gawędzimy dobre pół godziny. Wędrowiec mówi, że od 1976 roku "choruje na tę chorobę" i od tego czasu tylko przez dwa lata nie przyjechał w Bieszczady. Idzie z Polany "tam, gdzie go oczy poniosą". Opowiada z zachwytem, że zaszedł kiedyś w dolinę bezimiennego potoku gdzieś na końcu świata i czuł się jak odkrywca. Opowiadamy mu trochę o Pogórzu i o naszej ostatniej podróży w Pasmo Pikuja. Okazuje się, że na Ukrainie nigdy nie był, choć zawsze kuszą go szczyty widziane z Tarnicy czy Halicza. Mówi z uznaniem "Pani jest podróżnik, zna się Pani na topografii", co jednak chyba do końca nie jest prawdą, patrząc na post powyżej. Cóż, człowiek uczy się całe życie! :) Nadsańska stokówka spełnia pokładane w niej nadzieje - jedzie się super, wycinkowe widoki na San robią wrażenie, las fajnie chłodzi, ludzi prawie wcale.
SAM_1488.jpg
Przy punkcie widokowym robimy popas. Niestety, zostaję zaatakowana przez puszkę z paprykarzem, opuszek palca krwawi obficie, więc wyrażam nadzieję, że zapachem świeżej krwi nie zainteresują się ani wilki ani niedźwiedzie. Na szczęście po opatrzeniu ran dane jest nam posilić się w spokoju, nie licząc grupki Słowaków-rowerzystów. W ogóle bardzo dużo naszych południowych sąsiadów jeździ na rowerach, a szczyty popularności święci droga ze wsi Ruske na przeł. nad Roztokami, o czym później. W Studennem ruszamy pod górę na przeł. Szczycisko. Dalej zjeżdżamy do rzeki Wetliny i przez rez. Sine Wiry pedałujemy do Buka, stamtąd do Cisnej. W Cisnej postanawiamy zjeść obiad jak prawdziwi turyści w górskim schronisku, toteż ciśniemy pod Hon. Oj, gdybym wcześniej wiedziała, co nas czeka na samej końcówce podjazdu, chyba bym została jednak na dole. No ale obiad jest przepyszny, tzn. jest dużo i dobre. Po jedzeniu kierujemy się do Roztok, gdzie planujemy nocować na polu namiotowym. Na miejscu okazuje się, że gospodarz życzy sobie za rozbicie namiotu 18zł/os, co wdg nas jest dość wygórowaną ceną. Po całym dniu jazdy marzy mi się prysznic, no ale bez przesady. Podjeżdżamy jeszcze kawałek w stronę granicy, i ostatecznie zatrzymujemy się na nocleg w drewnianej wiacie już po słowackiej stronie. Jest czysto, w pobliżu mamy źródełko, latają świetliki - czyli jest super. Tego dnia przejechaliśmy 72km.
SAM_1496.jpgSAM_1497.jpgSAM_1499.jpgSAM_1500.jpg

Cdn.