No , może niekoniecznie w błąd. Jeśli bowiem nasi bohaterowie ruszyli dalej grzbietem g. Hryniawskich i Czywczyńskich, to po drodze mogli załapać się na świetne hotele np. w Monasterze Troickim pod Dukonią, na poł. pod Czywczynem; ponoć w dolinie Cz. Czeremoszu u ujścia potoku Albin noclegów udziela też miejscowy leśnik w swojej leśniczówce i to na pryczach!
P.S. Spotkaliście może Wasię wspominanego prze ze mnie w opowiadaniu pt. "Dwa rozrogi za jednym zamachem"?
Czy prawdą jest, że gdzieś tam pod Babą Ludową jest "połoniński" sklepik (i czy prawdą jest, że jest słabo zaopatrzony - Wasia opowiadał, że nie ma w nim lodów)?
Wasi nie spotkaliśmy i do Baby Ludowej też nie dotarliśmy, kilkaset metrów przed nią rozpoczęliśmy zejście w dolinę Czeremoszu.
Ale sklepik spotkaliśmy, zaraz po wyjściu na Połoninę Łukowicę (obok chatki z dwoma izbami, tej dobrej do spania w zimie). Nie był to co prawda jakiś wypaśny magazin, tylko w starej budzie młody chłopak trzymał kilka produktów na sprzedaż. Nie sprawdzaliśmy ani cen ani asortymentu, bo był to nasz pierwszy dzień w górach. Nasz gospodarz w Szybenem wymienił wcześniej trzy miejsca, w których można zrobić zakupy na naszej trasie, jedno z nich kilka dni później... jak by tu napisać... sprawdziliśmy
--- Updated ---
Była herbatka i kwas. A kto chciał to miał coś jeszcze...
Ostatnio edytowane przez bartolomeo ; 10-08-2016 o 16:06 Powód: Dopisek
Czterech panów B.
Na połoninach, przez które przechodziliśmy, pasły się głównie krowy. Na połoninie Ozirny spotkaliśmy mały kierdel owiec, zamkniętych w małym koszarze.
Nie wiem, czy tato zauważył, jakie miejsce zajął do podróży synekTutaj jest płasko, ale za chwilę UAZ będzie się wspinał pod spore wzniesienie.
Według ukraińskiej mapy, od dłuższego czasu idziemy niebieskim szlakiem turystycznym, którego śladów na razie nikt nie zauważył. Jest za to tabliczka, zakazująca przejścia podczas zagrożenia pożarowego. Zagrożenia nie stwierdzamy, idziemy.
Za chwilę skończą się kwieciste połoniny i wejdziemy w czarne czeluście Czarnego Czeremoszu.
Na dno doliny schodzimy nieco powyżej miejsca, gdzie na przedwojennej mapie zaznaczona jest tu gajówka Stefulec. Za czasów radzieckich i ukraińskich, dopóki istniała droga od Szybenego, nadal działali tu leśnicy.
Po drugiej stronie rzeki tryska jedno z burkuckich źródeł. Przybyliśmy więc "do wód"!
A woda w źródle taka:
W pobliżu postawiono wiatę (jeszcze niedokończona) i tablicę informacyjną. Świeżo zbudowany jest też - pokazany dwa zdjęcia wyżej - mostek. Nie było to proste zadanie, bo dojechać tu można tylko korytem potoku i samochodem o prześwicie ponad pół metra.
To kolejne dawne zabudowania pracowników leśnych.
Tylko tak się da zawędrować w te rejony.
Jeszcze niżej było tak.
Miejsce, o którym wspominasz, jest po drugiej stronie Czeremoszu. Właśnie się tam udajemy. Będą też prycze;-)
W tym odcinku wykorzystałem kilka zdjęć autorstwa bartolomeo, bo mi do chronologii pasowały. Może mnie za to nie poturbuje, bo jest daleko.
Czterech panów B.
Ja mam kilka, ale za to też marne;-)
Zbliżenie na powyższe drzwi. Autor napisu nie był szczególnym znawcą ukraińskiej ortografii.
A oto hotel w całej krasie (może w prawie całej). Przeciwnicy hoteli spali w namiocie.
Teraz trochę wnętrz hotelowych. Na tym zdjęciu załapała się nawet prycza.
Trudno jest zdemontować żelazne ramy z pieca, bez zrujnowania samego pieca. Ramy i żeliwne płyty służą pewnie gdzieś w okolicznych chałupach lub pasterskich stajach.
Z hotelu skorzystały trzy osoby, dwie spały w namiocie. Prycze są, ale stoją na sztorc w kącie.
Na koniec było ognisko z kiełbaskami.
![]()
Ostatnio edytowane przez Wojtek Pysz ; 10-08-2016 o 20:14 Powód: liter.
Ja spałem w środku, bo się boję ciemności
Ognisko było kapitalne a kiełbaski doskonałe. Nie ma jak kiełbaski z ogniska, równać się z nimi mogą wyłącznie ropczycko-górskie kabanosy, także z ogniska ma się rozumieć!
I tak oto na drugą noc na Ukrainie znów trafił nam się wyborny hotel: "Hotel Burkut" pierwszej kategorii.
Czterech panów B.
A następnego dnia szybkie śniadanko, zwinięcie namiotu, wymeldowanie z hotelu i marsz w mokre ziołorośla oraz łany szczawiu alpejskiego. Jakby mało mokrego w części dolnej, to ostra wspinaczka przez las zapewniła wilgotność garderoby górnej.
Wspinaliśmy się uparcie śledząc wątłą ścieżkę, cierpliwie pokonując różne przeszkody oraz utrzymując równe tempo. Po przepisowej godzinie zrobiliśmy zasłużony odpoczynek. Jeszcze kawałek lasem wśród mszystych dywanów i otworzyła się przed nami Połonina Milkowa oraz grzbiet Czywczyna, który był już coraz bliżej.
I bliżej
I na wyciągnięcie ręki
![]()
Gdzieżbym śmiał, opowiadam wszystko jak na spowiedzi!
Idziemy więc Hryniawami prawie pod słońce,
mijając w większej lub mniejszej odległości połonińskie gospodarstwa.
Te, które widzieliśmy, mają jedną elegancką chatę dla właściciela zaglądającego to raz na tydzień lub dwa oraz szereg zabudowań gospodarskich i mieszkalnych dla pracowników. Ci są na poloninie od wiosny do jesieni doglądając bydła, owiec czy kóz. Połoniny zostały w tej części Ukrainy sprywatyzowane i w rękach prywatnych są teraz tereny o powierzchni przekraczającej 100 czy 200 hektarów.
Widoki nas nie opuszczają, za nami Pop Iwan (w oddali, pierwszy z lewej) ...
... a przed nami coraz większy i dostojniejszy Czywczyn. To plan na następny dzień, dzieli nas od niego głęboka dolina Czarnego Czeremoszu (z którym rozstaliśmy się nie tak dawno w Szybenem).
Jeszcze tylko trzeba zejść w tę głęboką dolinę i można się rozglądać za jakimś przyzwoitym hotelem!
Czterech panów B.
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)