Mamy wodę do picia, mamy wodę do kąpieli i mamy ognisko z pieczonymi kabanosami.
Nasz ogień sprowadza gości, osobliwą parę. A czemu dziwną? Bo ich z daleka słychać. Tak, jakby puszczali muzykę z jakiegoś odtwarzacza.
Gdy do nas podchodzą i przysiadają się do ogniska to okazuje się, że chłopak przygrywa na dętym instrumencie klawiszowym (nie wiem, jak to się fachowo nazywa*), ale jeszcze do tego ma podkład z komórki z głośnikami. Było to pewien kontrast z cichymi górami, ale melodia była przyjemna, a muzyk grał z takim natchnieniem, że poddaliśmy się nastrojowi. Po wspólnej chwili pomaszerowali dalej. Wojtek pokazał im w dolinie ruiny schroniska zwane "Kwadratem" i liczne namioty rozbite wokół. To był ich cel noclegowy (z dostępem do wody), do którego błądząc wędrowali cały dzień z Dzembroni.
Nasz dzień też dobiegał końca, nad nami pojawiły się gwiazdy i Droga Mleczna.
* już wiem, Bartolomeo zapamiętał: instrument nazywa się melodyka.




Odpowiedz z cytatem
Zakładki