Tak jak don Enio czytam, podziwiam a trochę w kompleksy wpadam. Co ja tam wiem o płaju, o tym bezmiarze gór i czy podpisy zgodne czy nie, jak nigdy tam nie byłem. Ta i podobne relacje uświadamiają mi, że wyższy stopień wtajemniczenia czeka mnie właśnie gdzieś tam...po prawej i lewej stronie tamtych granicznych słupków.
Póki co, to u mnie bezradność bierze górę nad zazdrością.
To się musi zmienić.
Postanowione.
Fajna wyprawa. Czekam na jesień żeby wyruszyć w tamten rejon.
Podziękowania za fajną relację, która może być natchnieniem dla kolejnych planów wyjazdowych.
Mnie też w tym roku udało się dotrzeć na Hnitessę. Również zaczynałem na przełęczy Prislop. Po dotarciu na górę wróciłem z powrotem na przełęcz, gdzie czekała na mnie reszta kolegów, którzy wcześniej zakończyli wycieczkę na przełęczy na polanie Faţa Banului.
W przewodniku Robertsa znajduje się następujący opis dotarcia na polanę:
Najwyższy punkt osiągamy praktycznie bezpośrednio nad polaną na przeł. Faţa Banului, po czym rozpoczynamy zejście nieco podmokłym terenem na pn., docierając do wspomnianej polany.
Jesteśmy na przeł. Faţa Banului, gdzie znajdziemy wygodne miejsce do rozbicia namiotu. Tym samym osiągnęliśmy niegdyś najbardziej na pd. wysunięty zakątek II RP – to tutaj Henryk Gąsiorowski w swoim głośnym „Przewodniku po Beskidach Wschodnich” umiejscowił słynne „rozrogi W. Pola” wraz rzekomo odnalezionym przez niego głazem z literami F. R. – Finis Rei Publice, mający symbolizować pradawny kres Rzeczpospolitej.
W dolnej części polany dostrzegamy słupki graniczne – dotarliśmy do granicy rumuńsko-ukraińskiej, która tutaj dochodzi od wschodu z dol. Perkałabu, ostro skręca w prawo i dalej wiedzie już grzbietem ku pn. i pn.zach. (J. Roberts, Góry Rumunii, t. II, Warszawa 2014, str. 80-81).
Ten opis wskazuje, że przełęcz położona jest na polanie na południe od słupka nr 543. Natomiast według mapy wydawnictwa ASSA, którą się posługiwaliście, przełęcz jest w pasie przecinki granicznej za pierwszym garbem podejścia na Hnitessę, czyli tak jak to zostało opisane w relacji. Myślę, że jest to błąd autorów ukraińskiej mapy.
Hnitessa. Widok z polany Faţa Banului
Widok polany Faţa Banului ze zboczy Hnitessy
Polana Faţa Banului. Widok na wschód
Kolega mówiąc żartem: „jesteśmy w Rumunii, a Rumunia jest w Unii, a tam nie trzeba żadnych dokumentów” nie miał racji. Informując Politiei de Frontiera o swoim zamiarze przejścia szlaku wzdłuż granicy, zostaliście, przypuszczam, poinformowani przez stronę rumuńską, że zgodnie z prawem rumuńskim obowiązuje zakaz przekraczania pasa ochronnego o szerokości 20 metrów od linii granicznej. A Wy niejednokrotnie znajdowaliście się na samej linii a czasami ją przekraczaliście przechodząc na stronę ukraińską (przynajmniej tak to widać na zdjęciach). Wynikało to z konfiguracji terenu, bowiem ciężko jest przejść idąc tylko po stronie rumuńskiej, czego sami doświadczyliście.
PS. Zazdroszczę zupek z grzybów.
Pozdrawiam.
Ostatnio edytowane przez andkoz ; 30-08-2016 o 06:29
Co do nazewnictwa nie wypowiadam się, bo nie mam tutaj wystarczającej wiedzy. W relacji napisałem, że topografia szczegółowa terenu pomiędzy Hnitessą a Kreczelą wydała nam się bardzo ciekawa i że żałujemy, że nie mamy dobrej mapy tego terenu (mapa ASSY kończy się tuż na południe od granicy). Nie przeszkadza to jednak w postawieniu pytania, skąd wiadomo, że to Roberts ma rację, a ASSA nie?
Wysłaliśmy e-maila do rumuńskiej straży granicznej ze swoimi danymi osobowymi, trasą z numerami słupków, datami rozpoczęcia i zakończenia wędrówki. W odróżnieniu od Lukiego nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi.
Zabraliśmy więc ze sobą kilka wydruków tego e-maila na okoliczność spotkania strażników rumuńskich na granicy i rozstrzygania kwestii – było zawiadomienie, czy nie? Nie mieliśmy wiedzy o 20-to metrowej strefie, której nie można przekroczyć. Wręcz przeciwnie – z wcześniejszych relacji Wojtka Pysza wynikało, że podczas jego wizyt ma PF w Viseu de Sus zwracano mu przede wszystkim uwagę, aby poruszał się raczej (!) po rumuńskiej dwumetrowej części przecinki. Nie wiem dlaczego nie ostrzegli go wtedy o istnieniu tej 20-to metrowej strefy (czy to jest zresztą możliwe, aby wędrować po tej granicy - po jej rumuńskiej stronie - przestrzegając takiego warunku?).
Tak jak napisałem w relacji – Marek zaskoczył mnie swoją wypowiedzią o zbędności dokumentów, ale finalnie miał rację. Gdybyśmy im dali nasze dowody, a oni pod jakimś pozorem nie chcieli by ich oddać - to co…? A jeśli to nie byli prawdziwi pogranicznicy – jak domyśla się Luki – to co...? Z czym zostalibyśmy w tych „pięknych okolicznościach przyrody”…
Pozdrawiam!
Ostatnio edytowane przez Waldemar ; 30-08-2016 o 08:05
Zgodnie z rumuńskim rozporządzeniem rządowym nr 105/2001, aby poruszać się w strefie nadgranicznej należy posiadać dokument tożsamości. Aby poruszać się w 20-metrowej strefie ochronnej należało uzyskać aprobatę Oddziału Politiei de Frontiera (w tym wypadku w Vişeu de Sus), okazując posiadane dokumenty tożsamości.
Inną sprawą było okazywanie ich na samej granicy, w sytuacji, gdy legitymujący budzą wątpliwości.
Dokumenty rzecz jasna mieliśmy, ale udokumentowania aprobaty nie. Przy następnej korespondencji z PF muszę wobec tego dodać dopisek: uprzejmie proszę o odpowiedź. A i tak i tak pojadę nawet jak jej nie otrzymam - będzie o czym rozmawiać z napotkanymi pogranicznikami PF.
Dwa lata temu schodziliśmy ze Stoha i w dolinie Riki napotkaliśmy dwa kolejne patrole PF. Ocenili z oddali na oko, że jesteśmy tymi na których wyglądamy i nie zamieniliśmy nawet zdania.
Ostatnio edytowane przez Waldemar ; 31-08-2016 o 09:03
Właśnie mi się przypomniało ileż to emocji i przeżyć wzbudzał we mnie ten kawałek Karpat w latach 90-tych.
Lata marzeń żeby się tam wybrać i w końcu zebrałem ekipę, zdecydowaliśmy się i dane mi było to przeżyć. Potem przeżywanie każdego kawałka, słupek po słupku, widoczek po widoczku, nazwa po nazwie. Wszystkie zasłyszane i przeczytane wspomnienia i relacje wracały i się urzeczywistniały. To były czasy - opowieści o strzelających pogranicznikach, przejęciach przez Ukraińców, cała ta formalna niedostępność, brak informacji, itp.. Szliśmy niemal jak byśmy byli partyzantami. Ileż nerwów nas to kosztowało, a może ileż to nam dało przyjemności. Udało się przejść całość i tylko raz ktoś strzelał niedaleko nas - zamarliśmy w kosówie w pobliżu Komana na kilka godzin.
I choć byłem tam potem kilka razy, ostatnio nawet z małymi dziećmi to brakowało mi tego smaku. Ponoć nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki - może to i prawda.
PABLO
P A B L O - pierwszy raz szedłeś po ukraińskiej czy po rumuńskiej stronie?
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)