Właśnie mi się przypomniało ileż to emocji i przeżyć wzbudzał we mnie ten kawałek Karpat w latach 90-tych.

Lata marzeń żeby się tam wybrać i w końcu zebrałem ekipę, zdecydowaliśmy się i dane mi było to przeżyć. Potem przeżywanie każdego kawałka, słupek po słupku, widoczek po widoczku, nazwa po nazwie. Wszystkie zasłyszane i przeczytane wspomnienia i relacje wracały i się urzeczywistniały. To były czasy - opowieści o strzelających pogranicznikach, przejęciach przez Ukraińców, cała ta formalna niedostępność, brak informacji, itp.. Szliśmy niemal jak byśmy byli partyzantami. Ileż nerwów nas to kosztowało, a może ileż to nam dało przyjemności. Udało się przejść całość i tylko raz ktoś strzelał niedaleko nas - zamarliśmy w kosówie w pobliżu Komana na kilka godzin.

I choć byłem tam potem kilka razy, ostatnio nawet z małymi dziećmi to brakowało mi tego smaku. Ponoć nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki - może to i prawda.

PABLO