Jak to mądrze niektórzy mawiają ; lepiej pózno niż wcale ))) W związku z powyższym mądrym stwierdzeniem (będącym niejako tłumaczeniem się winnego) napisze parę słów o wyprawie , którą to podjąłem samotrzeć ze względu na absolutny brak chętnych do potowarzyszenia... Otóż termin w którym odwiedziłem ukochane góry szczęśliwie dla mnie zbiegł się w czasie z odpustem w Łopience. Ale po kolei. Wyjechałem z Rzeszowa bladym świtem żeby po drodze wszystko jeszcze raz dobrze przemyśleć. Dojeżdżając do serpentyn przed Cisną odebrałem miły telefon od małżonki która spieszyła z hiobową wieścią oznajmiając mi że moja karta od aparatu leży sobie wygodnie obok gniazdka... Po prostu wypadła kiedy rano wypinałem aparat z ładowania. No cóż mówi się trudno. Pozgrzytałem nieco zębami oraz skrzynią biegów ( w końcu byłem na serpentynach) i pojechałem dalej pocieszając się myślą że jeszcze jest aparat w telefonie. W związku z ograniczonym czasem jakim dysponowałem zdecydowałem się trochę na przekór sobie odwiedzić Połoninę Caryńską najkrótszą możliwą drogą co ostatecznie wyszło mi na dobre. Niezbyt duży ruch na szlaku zaskoczył mnie pozytywnie i dobrze nastroił na resztę tego wspaniałego oraz długo wyczekiwanego dnia. Po nasyceniu oczu najcudowniejszymi z widoków oraz skonfrontowaniu czasu z możliwościami, doszedłem do wniosku, że odwiedzę dziś pewną cerkiew o której sporo czytałem aczkolwiek nie dane mi było ją odwiedzić. Dojeżdżając na parking przy Spisówce uderzyła mnie spora liczba samochodów, motocykli i plecakowiczów kręcących się po okolicy. Po zasięgnięciu języka okazało się że w dniu mojej wizyty odbywa się a w zasadzie kończy coroczny odpust. Tak więc korzystając z jedynego dnia w roku, w którym można podjechać autkiem pod samą cerkiew, zaoszczędziłem nieco czasu. Surowe piękno cerkwi, klimat doliny oraz sam odpust na długo zostaną mi w pamięci. Odrobinę zaoszczędzonego czasu wykorzystałem na pokręcenie się po torowisku ciuchci od Dołżycy do Cisnej (takie zboczenie zawodowe :)) w nagrodę przejazd pociągu turystycznego wracającego do Majdanu z Przysłupia. Po posileniu się w Cisnej przyszedł czas na powrót do domu z głową pełną widoków, przeżyć i już gdzieś tlącej się tęsknoty za powrotem w te najcudniejsze tereny... Żeby tylko ten piekielny czas tak nas nie okradał z tego co najcenniejsze... Okazało się że w dniu mojej wyprawy przypadało oprócz odpustu w Łopience, oficjalne zakończenie sezonu motocyklowego w Kalwarii Pacławskiej, tak więc podróżując w ten dzień po województwie można było podziwiać nie tylko piękne widoki ale też cudowne maszyny... Z górskim pozdrowieniem...


Odpowiedz z cytatem
