Doszliśmy co prawda do drogi, ale postanawiamy wrócić się trochę i iść równolegle do niej, jakieś 150 na południe. Mijamy zabudowania, takie jakie budowano tu kilkadziesiąt lat temu.
Nasza ścieżka przecina wąwozy, których jest tu w bród. W pewnym momencie zaczyna towarzyszyć nam nowe ogrodzenie z siatki, które wytrwale odwzorowuje rzeźbę terenu… w dół, w gorę...
…ostro w dół
…w końcu ostro skręca w bok
a my możemy wyjść na łąkę na której spotykamy masę takich, egzotycznych dla nas grzybów
Obok domostwo - zapewne weekendowe
…a w jego sąsiedztwie kolejny wysyp nieznanych nam grzybów
Zaraz po tym nieodwołalnie wkraczamy na drogę, która okazuje się ulicą, ale… to dalej góry
Mijamy sporo sympatycznej architektury
Dużo drewna i przyjazny styl
Dobremu nastrojowi sprzyja też pogoda: od czasu do czasu świeci słońce co bardzo ożywia kolory mijanej okolicy
Postanawiamy spojrzeć na nieruchomości JKM Kazimierza. Na wieżę niestety już nie można wejść, ale udaje się wejść na zamek. Wszędzie czysto, porządek…
Dostrzegamy, że od czasu naszej poprzedniej wizyty udało się opanować sprawę „rozłażących się” na boki ścieżek. Przy okazji remontu wysypano w końcu żwir w gabionowe umocnienia i wszystko wygląda nareszcie bardzo sensownie i schludnie.
Jesteśmy na wycieczce górskiej, w górach. Pora na coś konkretniejszego - podchodzimy na Górę Trzech Krzyży. Z podejścia rzut oka na Zamek
i farę
…a ze szczytu widok, który można oglądać n razy, a i tak będzie się miało ochotę obejrzeć go jeszcze kolejne razy n. Słońce świeci ledwo, ledwo. W powietrzu unosi się lekka mgiełka, która dodaje krajobrazowi specyficznego uroku. Ot, listopadowa pogoda…
Schodzimy koło fary na rynek…
Ostatnie spojrzenie na farę…
Widok na Górę Trzech Krzyży i Jatki na Małym Rynku…
i na uliczkę w stronę Dużego Rynku
I tak wędrując z Gór, przy ostatnich promieniach słońca dochodzimy do Dołów. Pora teraz wrócić do początku naszej wędrówki, do Korzeniowego Dołu. To jakieś 1,5 kilometra dalej.
Na samym wlocie do głębocznicy Korzeniowego Dołu wpadamy na przegryzkę do Korzeniowej Klubojadalni. Bardzo smaczne jedzenie, a wystrój i atmosfera kojarzą nam się cokolwiek ze studenckimi chatkami (tymi teraźniejszymi i tymi sprzed lat). A i architektura "chatkowa".
Sporo tu ciekawych akcesoriów i zaskakujących gadżetów. Widząc jeden z nich zawieszony pod sufitem zastanawiamy się, czy przypadkiem nie mają też biblioteczki z tą jedną, jedyną książeczką Zoszczenki M?
Do zobaczenia na szlaku!


Odpowiedz z cytatem