I to był koniec drogi... na wschód. Teraz trzeba był jakoś wrócić do Mrzygłodu Po śladach nie chciałem, przeskoczyłem więc na drugą stronę drogi Tyrawa-Tyrawa (Solna-Wołoska) i wdrapałem się na leżący za nim grzbiecik. Łaziło się górą całkiem przyjemnie, nawet nie zauważyłem kiedy się skończył i zaczął prowadzić mnie w dół.



Wędrowałem za dróżką, czasem jakiś kwiatek delikatnie ominąłem aby tej rzadkiej jeszcze oznaki wiosny nie zniszczyć...



Dróżka w dół ściągnęła mnie do przysiółka, gdzie - jak wszędzie - nowe powoli zastępował stare. Czasem z oporami, czasem bez.





Przysiółek się skończył, na rozstajach wybrałem drogę w prawo. Droga, jak to droga, szybko się skończyła ale po chwili znalazłem następną. Tylko... dziwną jakąś. Z mostkiem tam, gdzie wody nie było



i ze strzałkami kierującymi mnie cały czas do tyłu. Jak uparta nawigacja samochodowa ("Zawróć, kiedy to możliwe").



Czyżbym szedł pod prąd?