Jako że kiedyś - o mało co - nie zostałem myśliwym (już prawie pisałem podanie o przyjęcie na staż do koła), to dopowiem, że ludzie - jako gatunek - w życie dzikiej przyrody wtrącają się od kilku (-nastu ?) tysięcy lat. Polowaliśmy, wypalaliśmy - karczowaliśmy lasy, żeby móc uprawiać pola. Gdy na nasze pola zaczęły wchodzić "szkodniki" - zaczęliśmy je tępić. Może jeszcze wcześniej (pasterstwo) zaczęliśmy tępić drapieżniki, bo nam nasze zwierzątka podjadały. Potem doszła wczesna "gospodarka łowiecka" (czasy "feudalne" i później) - my polujemy, a tu coś (drapieżniki) nam podbiera zwierzynę. Trochę potem (gospodarka leśna) okazało się, że te wredne jeleniowate zimą niszczą nam nasze z mozołem nasadzone "bory" sosnowe, świerkowe itp (iglaste szybko rosną, ale po "zgryzieniu czubka" - takie drzewo nie nadaje się do wykorzystania (nie rośnie prosto - dając proste i długie pnie, np. na maszty itp.). A więc - to też szkodniki ! - Odstrzelić je wszystkie !
Gdy zaczęto jakoś formalizować te problemy, doszło coś takiego, jak odpowiedzialność właściciela / dzierżawcy terenu za szkody rolnicze (zniszczone uprawy), czy leśne. A odpowiedzialność - to min. obciążenie kosztami szkód w/w.
W efekcie mamy - to, co mamy. Praktyczny brak dużych drapieżników (wiem, hodowcy się oburzą... bo są rejony, gdzie jest ich dużo [wilków np.] i sobie podjadają - kózkę, owieczkę, pieska pasterskiego itd.), które mogłyby trochę roślinożerców - powodujących szkody rolne i leśne - "zjeść".

Dlaczego locha (samica dzika) ma 10 (!) sutków ?
Bo natura (ewolucja) przystosowała ją do urodzenia i wychowania (w dobrych warunkach) do 8-10 prosiąt (warchlaków). Dużych drapieżników (na większości terytorium Polski) brak. To ile - po np. 10 latach - byłoby dzików, gdyby ich nie strzelać ?

Temat jest skomplikowany, ale nie popadajmy w jakieś obsesje. Mięsko z marketu też nie rośnie w laboratorium (jeszcze...), też ma swoje odczucia, emocje, lęki (zwłaszcza ten... ostatni).