Gdyby łowiectwo i cała ta współczesna gospodarka leśna była znana tylko na wschód od Wisły, to może miałbym problem. Tak jednak gospodaruje się na całym świecie a często znacznie bardziej bezwzględnie i okrutnie.
Kolega, który swobodnie podróżuje do Kanady opowiada, że tam w sklepie można kupić różne potrzaski i inne świństwo, które służy do chwytania zwierza. Po górach i lasach są traperskie chatki, w których można swobodnie mieszkać - jakie to pole do popisu dla miłośników życia w naturze. Już widzę jak młody zakapior podchodzi do szamoczącej się w sidłach sarny, żeby poderżnąć jej gardło.

A teraz prawdziwa opowieść pewnego dziadka Słoniny z Kamienia Puławskiego, którą opowiedział mi dawno temu:

-dziadek Słonina też był kiedyś młody i miał szesnaście lat(gdyby żył to miałby już ponad sto lat)...był młodym chłopakiem...ziemi mieli tyle co kot napłakał...nie było co robić i zwyczajnie się nudził...pomyślał, że pójdzie w krzaki nad Wisłę upolować bażanta lub kuropatwę- zastawił sidła...nie trzeba było długo czekać żeby gajowy pana Cywińskiego go wyśledził...jako że było to pierwszy raz, to miał darowane...niestety wytrzymał może dwa tygodnie, pomyślał że będzie ostrożniejszy i poszedł znowu... i...został złapany drugi raz...Pan Cywiński(chyba dziadek Izabeli) zamknął go w loszku i zadzwonił(miał już telefon) po żandarmów do Puław, którzy skuli młodego Słoninę i "wieżli jak wieprza" drabiniastym wozem jakieś czterdzieści kilometrów... siedział do rozprawy...ze względu na młody wiek nie został skazany ale po powrocie do domu matka spakowała mu tobołek na drogę, bo życia dla niego w pobliżu majątku Cywińskich już nie było...wsiadł na pierwszą lepszą barkę i popłynął w siną dal...wrócił po wojnie gdy nowa władza rozdawała ziemię z majątków...