Dwa tygodnie później wyruszyłem znów na południowy wschód. Tym razem skorzystałem z opcji Neo 4.30. Przed szóstą byłem już w Sanoku a do odjazdu następnego autobusu miałem jeszcze ponad godzinę. Poczekalnia zamknięta, schowałem się więc na stanowisku dla wysiadających gdyż w odróżnieniu od stanowisk dla wsiadających posiada ono trzy ściany i wiatr nie gasił mi kuchenki, na której pichciłem żurek. Po szóstej pojawił się ktoś z obsługi dworca, otworzył drzwi od poczekalni, wszedł do środka, rozejrzał się, wyszedł i udał się do pomieszczenia dyspozytora. Pewnie uznał, że wszystko w normie. No to ja szybko wkroiłem jajka do żurku i śmignąłem na poczekalnię żeby zjeść w cieple.
Mieczysław Orłowicz w „Ilustrowanym przewodniku po Galicyi” niewiele miejsca poświęcił Sanokowi i ocenił go raczej nieprzychylnie twierdząc, że „samo miasto jest brudne i nieciekawe”. Gdyby zajrzał na poczekalnię dworca autobusowego to by jeszcze dodał, że … cuchnie okropnie. Część ławek powywracana, kosze na śmieci też, ich zawartość na posadzce, w kątach jakieś mokre plamy, chyba uryna bo straszny smród. Jakoś szczególnie obrzydliwy nie jestem ale wolałem zjeść na zewnątrz.
O siódmej przyjechał autobus, który zabrał mnie na pokład i uniósł ku miejscu wybranym na pieszy start.
Ponieważ od poprzedniej wycieczki minęło już dwa tygodnie, podczas których w dzień temperatura była dodatnia, liczyłem, iż w dolinach i niższych partiach gór nie będzie już śniegu, i że pospaceruję sobie po polanach i łąkach już szaro-brązowo-burych ale nie białych.
Gdy minęliśmy Lesko wiedziałem, że jednak nie ma co liczyć na spacer po trawie. W nocy spadł śnieg i pobielił całą okolicę.
Wysiadłem u stóp Złotej Góry
zabrali43.jpg
i naprzeciwko niej, bocznym grzbietem, którym biegła polna droga
zabrali42.jpg
ruszyłem w stronę lasu.


Odpowiedz z cytatem