Sądziliśmy, że z Braili bez problemu przeprawimy się na drugi brzeg Dunaju. Na mapie mamy zaznaczone promy, ale okazało się, że nie tędy droga do Macin. Trzeba jechać do Galati, na szczęście to tuż tuż. Już z oddali widać tamtejszą Nową Hutę


Jak wygląda polski znak drogowy informujący o przeprawie promowej wszyscy wiedzą. Sugeruje on wielkie możliwości promu, co w znakomitej większości przypadków nie ma żadnego pokrycia w rzeczywistości. W Galati jest inaczej – znaku nie ma, ale jak się w końcu dojedzie na miejsce to widać, że żartów nie ma - można przeprawiać choćby czołgi i to plutonami naraz. Prom to de facto katamaran: dwa kadłuby przykryte solidnym pokładem, na którym w poprzek mieści się z zapasem 5-6 TIR-ów lub kilkadziesiąt samochodów osobowych o pasażerach i kierowcach nie wspominając. Szybko oddalamy się od stromego północno-zachodniego brzegu i za małą chwilę dobijamy naprzeciw.


Po drodze mijamy drugi prom płynący w odwrotna stronę.


Przeprawa trwa kilka minut
Prawy brzeg jest całkiem płaski. Na nadrzecznych łąkach pasą się owce i bydło. Po kilkuset metrach kiepskiej drogi wjeżdżamy kilka metrów wyżej na nadrzeczna terasę i po raz pierwszy widzimy „nasze” góry Macin (czyt. Maczin).


To co widać ma zaledwie trzysta kilkadziesiąt metrów wysokości bezwzględnej, ale wyrasta z poziomu tych może dwóch, trzech metrów, więc deniwelacja jest całkiem, całkiem i robi wrażenie. Tym bardziej, że to nie są obłe karpackie magury, ale bardziej urozmaicone formy. A do morza całkiem blisko.

Przejeżdżamy przez miasteczko Macin – bardzo schludne z wyjątkowo małą „zawartością” szaroburych, betonowych niewykończonych budynków co było jak dotąd typowe dla mijanych miejscowości.

Za miasteczkiem odbijamy z drogi na szutrówkę biegnącą wprost w stronę najbardziej północnego pasma gór Macin. Na mapie Munti Macinului firmy Zenith, (arkusz nr 10) nazywa się ono Culmea Pricopanului Jest to zarazem początek Parku Narodowego Gór Macin. Naszym celem jest pole biwakowe nieopodal Monasteru Izvorul Tamaduirii.


Stoi tu już kilka samochodów, a po rozejrzeniu się dostrzegamy też kilka namiotów. Jest czysto, jest toaleta, obok przepływa strumień, są ławy stoły, miejsce na ognisko. Można rozbić namiot w oddaleniu od sąsiadów. Ale póki co zostawiamy cywilne ciuchy w samochodzie i wyekwipowani jak należy (z zapasem wody) idziemy w góry.

Jest ciepło +22 st , wieje miły wiaterek no i jest piękne słońce.

Ścieżka łagodnie pnie się po stoku.


Po obu stronach rozsypane są mniejsze, większe, duże, bardzo duże głazy.

Wiosna w pełni, dużo kwiatów, drzewa ze świeżymi pędami, liśćmi, kwiatami.


Spory ruch w powietrzu: nisko pracowicie brzęczą pszczoły, chrząszcze… a wyżej przeciągają potężne klucze bocianów


Daleki widok na miasteczko Macin


a po dojściu na grzbiet otwiera się widok na północną stronę pasma

Dużo soczystej wiosennej zieleni, sporo żółci rzepaku – brakuje tylko błękitu rozlewisk naddunajskich i samego Dunaju, to według mapy powinno tuż tuż, ale niestety nie możemy ich dostrzec w terenie.

Mijamy bardzo ciekawe formy skalne,







ścieżka jest jakby specjalnie wysypana drobnym grysem, jak się potem przekonamy to efekt naturalnego wietrzenia tutejszych skał.





niektóre bloki tylko czekają, aż ktoś strąci je w dół






Dobrze widać wyrobisko nieczynnego kamieniołomu z odkrywką intruzji białych skał.


Jest coraz cieplej, ale dzięki coraz mocniejszemu wiatrowi nie ma poczucia dyskomfortu.
Można w spokoju podziwiać przedstawicieli fauny latającej.


za to mimo pilnego wypatrywania nie udaje nam się dostrzec ani słynnych żółwi, ani nie mniej słynnych żmij.

Jest coś sympatycznego w tych widokach, które ciągną się na ładnych parę kilometrów na obie strony grzbietu – słońce, daleko poniżej nas skupiona zabudowa wiosek, łany zbóż – i to wszystko z ledwie trzystu metrów npm.


cdn.