Stąd działem opadającym pomiędzy potokami Z Drążawy a Modrzą zacząłem schodzić w kierunku łąk na Horbie. Mimo, iż ten odcinek można pokonać w mniej niż dwadzieścia minut to udało mi się wydłużyć ten czas do półtorej godzinyByło to bardzo przyjemne wydłużanie gdyż popadłem w skrajne obżarstwo. Nijak nie dało się przejść obojętnie obok rosnących całymi łanami malin
Szwejk66.jpg
i niesamowicie oblepionych jagodami trześni
Szwejk62.jpg
Nie pamiętam kiedy ostatnio jadłem tak smaczne, słodkie i soczyste ptasie czereśnie. Po prostu nie można było się od nich oderwać. Przy rwaniu sok spływał aż po łokcie, gdyż mimo zastosowanych ułatwień trzeba było dość wysoko wyciągać ręce po owoce. Z ich rwaniem był mały problem, gdyż najniższe gałęzie zwisały znacznie wyżej niż wynosił zasięg ramion ale za pomocą kuli udawało mi się je do siebie przyciągać.
Może nie wszyscy wiedzą co to jest ta kula, więc postaram się wyjaśnić.
U mojej babci mieszkającej na Pogórzu Strzyżowskim kulą nazywano prosty drąg o długości około 2,5 metra, na którego końcu znajdowała się metalowa spirala (podobna do tej z grzałek elektrycznych na wrzątek). Przyrząd ten ułatwiał nabieranie wody ze studni, której lustro znajdowało się niezbyt głęboko, więc kołowrót był niepotrzebny, lecz na tyle nisko, że nie dało się zanurzyć wiadra ręką.
Z kuzynami braliśmy koromysło, wiadra i kulę, i tak wyposażeni szliśmy pod dowództwem babci do znacznie oddalonej od domu studni. Na miejscu babcia zaczepiała koniec kuli do kabłąka wiadra, opuszczała je do studni umiejętnie zanurzając (nam nie wolno było tego robić, żebyśmy nie potopili wiader) i szybkim ruchem wyciągała je do góry ciągnąc drąg pionowo do góry, chwytając go na przemian raz jedną ręką raz drugą. Później zaczepiała wiadra do koromysła i niosła je do domu. My byliśmy wtedy za cienkie leszcze na taki wyczyn więc nieśliśmy z powrotem tylko kulę.
Drugi przyrząd noszący tą nazwę to właściwie uboższa wersja pierwszego gdyż był to też sporej długości drąg ale zakończony nie wymyślną spiralą tylko haczykowatym odgałęzieniem bądź wbitym pod kątem gwoździem. Ta kula służyła właśnie do przyciągania konarów czereśni.
I taką właśnie kulę sobie wyrychtowałem. Wspierając się na tej ladze spacerowałem lasem od czereśni do czereśni odpoczywając po drodze przy malinach
W końcu, z pełnym brzuchem wytoczyłem się na łąki widokowego Horbu
Szwejk65.jpg Szwejk64.jpg
Tu zakręciłem w dół do potoku i walcząc z lipcową dżunglą nadrzeczną przedarłem się przez Modrzę na jej drugi brzeg i rozpocząłem wspinaczkę łąką na następny dział.


Odpowiedz z cytatem