Dzień był jak na moje odczuwanie ciepła dość upalny i już od dłuższego czasu marzyło mi się zimne piwko. Od widocznego na zdjęciu krzyża do krzyżówki z drogą główną, przy której nęciły baldachimami parasole było około dziesięciu minut marszu. Wkrótce byłem więc już tuż przed barem, po drugiej stronie ulicy, dosłownie około dziesięciu metrów od szynkwasu i nagle, chcąc złożyć mój trekkingowy kostur co by nie przeszkadzał, zdałem sobie sprawę, że przecież go nie trzymam ani w ręce lewej ani w prawej.
Orzesz, ja pierdziu, kuźwa do kwadratu! Został w jarze, oparty o stromy stok przy potoku przed krzyżem, gdzie zatrzymałem się na chwilę obmyć twarz i ręce. Normalnie DRAMAT! Już czułem jak trzymam zimny kufel w ręce, jak nurzam wąsa w pianie, jak chłodny płyn spływa do gardła i gasi pragnienie a tu dupa – trzeba się wrócić!
Ciskając w myślach mięsem na prawo i lewo, wyzywając się od różnych takich niekumatych, machnąłem ten odcinek ponownie w dziesięć minut ale w obie strony
Na szczęście bar był nadal czynny a piwa nikt w tym czasie nie wypił i udało się dwa dla mnie z beczki utoczyć.
Ukontentowany potoczyłem się na peron i już po chwili Szwejk zgarnął mnie na pokład i popędził z powrotem do Rzeszowa mijając znajome miejsca
Szwejk38.jpg
Szwejk39.jpg
Szwejk40.jpg


Odpowiedz z cytatem