Gdy rozbijamy sie na milej polance to burza jakos sie rozwiewa i traci nam z oczu. Polazła gdzie indziej albo wyparowała!
Jemy zupki, kanapki, dopijamy reszte wina, ktore smakuje juz tak wybornie, ze żalujemy ze nie wzielismy dwoch butelek. Niebo nad nami jest lazurowe, a popoludniowe słonce spala nam pyski.
Poranek na połoninie jest rownie sympatyczny jak wieczor.
Suniemy dalej w strone Wołosianki. Spotykamy dzis wiecej jagodziarzy. Widac ze jest dzien roboczy. Droga mija nam powoli bo co chwile zatrzymujemy sie przy krzaczkach uginających sie od ciemnoniebieskich pysznosci!
Szczyt Wysokiego Wierchu jest zabudowany i wyglada jak małe miasteczko.
Wczasowicze ze Sławska docierają tu kolejką linową.
Na górce panuje atmosfera festynowo- bazarowa, ogolnie jeden wielki piknik. Jest tez knajpa, koniki do jezdzenia i kłady mozna sobie wypozyczyc. Na dwie ostatnie atrakcje nie ma jednak zbyt wielu chetnych, gdyz glowna atrakcja wiekszosci gawiedzi jest ucztowanie. Sa tu tez szaszłyki, na które poczatkowo ostrzymy sobie zęby, ale ostatecznie odpuszczamy. Szaszlykow jest 10 razy mniej niz wyglodnialych turystow, wiec wyrywaja sobie z rąk takie jeszcze półsurowe mięso. Jakos nie mam ochoty stawac z nimi w szranki w tej kategorii, wiec zadowalami sie placuszkami zwanymi "syrniki" i domowymi nalewkami, ktorych jest tu calkiem niezly wybor! Ktos z tłumu komentuje: "Mięsko nie musi byc dobrze dopieczone, grunt zeby dobrze zapic" i oddala sie z krwistym jeszcze szaszłykiem. Chłopaki z Czerkas dyskutują z panią szaszłykową smak i przyrzadzanie miedowuchy- bo ponoc ta karpacka znacznie rozni sie w aromacie od tej spozywanej w Czerkasach. Widzac we mnie osobe nietutejszą dopytuja jaka my mamy miedowuche. Hmmm.. chyba nie mamy wcale? Tłumacze, ze my mamy za to miód pitny, ale raczej o mocy wina niz nalewki. Nie znają tu tego napitku. Chłopaki obiecują, ze sprobują tego wynalazku juz niebawem- we wrzesniu jadą do Radomia do pracy.
Niektorzy wykazali sie sprytem. Przyniesli swoje mięso a tu je tylko pieką korzystajac z "komercyjnych" palenisk. Wiele osob decyduje sie pomóc pani szaszłykowej, ktora nie bardzo sie wyrabia z ogarnianiem calego stoiska. Gdzies z boku grupka starszych kobiet intonuje jakies zawodzące piesni.
Mimo dosc sporego zaludnienia i zagospodarowania to jest tu nawet calkiem sympatycznie! Tak troche jakby jakis festyn dożynkowy z lubuskiego przeniesc na szczyty gór :D
Schodzimy w strone Wołosianki. Wystarczy oddalic sie 200 m od szaszłykowiska i juz jestesmy sami. Tylko my, łany wierzbówki i nikła woń mięsiwa, ktora przywiał ze szczytu wiatr...
Po drodze do wsi mija nas gruzawik. Oczywiscie machamy na stopa. Niestety gdy podjezdza blizej widac, ze nie mogą nas zabrac. Cała paka jest szczelnie wypelniona ludzmi o fioletowych obliczach. Tam gdzie nie akurat nie ma czlowieka to stoi kobiałka, pudło, beczka czy torba wypelniona po brzegi jagodami. Wrzucenie tam naszych plecakow od razu by skutkowało zupą jagodowa.
cdn


Odpowiedz z cytatem