Z wioski idziemy w strone przełeczy.
Sa tam ladne widoki, polanki- szkoda tylko ze srodkiem wali linia wysokiego napiecia. Przełecz nazywa sie dosc nieorginalnie- Prislip. My ją nazwalismy "Skwierczącą Przełęczą". Staramy sie postawic namiot jak najdalej od tych świszczacych drutów, które podswiadomie budzą jakis niepokoj.
Kolacje mamy z takim widokiem.
W nocy cos wpada na nasz namiot z przerazliwych kwikiem i chrumkaniem. Chyba warchlak. Bardzo sie cieszymy, ze sie pozbierał i odszedł sam a nie przyszła mu na pomoc mamusia..
Rano widac, ze szykuje sie upalny dzien. Zbieramy manele i ruszamy w strone lokalnych połoninek. Idziemy z 200 metrow a tam chatka! Drewniana, nowiutka- pachnąca jeszcze zywicą, otwarta... Obok miejsce na ognisko, wiatka... W srodku nawet piec ale jeszcze nie podłączony. Dlaczego najlepsze miejsce na nocleg jest zawsze kawałek dalej?
Tuptamy sobie przez Płaj, przez Berdo.. Słoneczko dopieka, trawy szumią, wzrok ginie gdzies na dalekich, falistych szczytach... Azrodełka wszystkie pozamieniały sie w młaki! Nie ma opcji nabrac wody...
Na całej połoninie jest zatrzesienie jagodziarzy! Nie dziwota- wystarczy kucnąc i wokol siebie by sie zebrało całe wiadro. Niektorzy wjechali tu łądą żiguli. Jak oni tego dokonali na zawsze pozostanie dla nas tajemnicą!
Wdajemy sie w pogawedke z chłopakami ze Skola- ojciec i syn.
Przyjechali na wakacje do babci do Tucholki i wlasnie wylezli po jagody. O 16 ma przyjechac gruzawik i zabrac zbieraczy ale mamy obawy, ze bedzie rownie pełen jak ten wczoraj. Chłopaki chca nam dac jedzenie- chleb, ser, pomidory. Jedzenia akurat mamy pod dostatkiem - raczej z braku wody musimy dzis zejsc do wioski. Liczylismy na jakies zrodła czy potoczki po drodze- ale to chyba na wiosne. Jagodziarze potwierdzaja- wszystko wyschło, a z bagnistych kałuz nie chca pic nawet psy..


Odpowiedz z cytatem
